Starzec

Forum Opowiadania Starzec

Ten wątek zawiera 0 odpowiedzi, ma 1 uczestnika i został zaktualizowany przez  Marek Pastuszczak 1 rok, 6 miesiące/y temu.

Wyświetlono 1 post (z 1 ogółem)
  • Autor
    Posty
  • #3157 Odpowiedz

    Starzec

    Dzieci przychodziły na świat, dorastały i zakładały własne rodziny, a dom, który Melvad budował jeszcze ze swoim ojcem, nie zmienił się ani trochę. Teraz, kiedy starzec miał się z nim żegnać, dom wydawał mu się jedyną stałą rzeczą w jego życiu.
    A on miał go tak po prostu opuścić.
    Melvad otworzył cudownie skrzypiące drzwi i wszedł do salonu, stukając głucho butami o deski podłogi. Zmierzał do fotela przy kominku, w którym zwykł przesiadywać, tak jak kiedyś czynił to jego ojciec. To była jedna z tych tradycji, których podtrzymywanie, sprawiało Melvadowi prawdziwą radość.
    A jednak w ciągu ostatnich paru tygodni nie było mu to dane. Spędził je w koszarach, szkoląc nowych rekrutów, jak przystało na zasłużonego oficera. To miało być jego główne zajęcie do końca życia. Miało.
     – Więc rzeczywiście tu jesteś, ojcze – powiedział mężczyzna siedzący w fotelu przy kominku.
     – Tak jak napisałem w liście – powiedział Melvad, przestępując z nogi na nogę – Przyszedłem się pożegnać, Nemvar.
     – Ach… Ten list – westchnął syn – Wiesz… Kiedy go dostałem, łudziłem się, że to nieśmieszny żart. Dopiero twoje wnuki uświadomiły mi, że tak nie jest.
     – Zawołasz je?
     – Po co? One nie chcą się z tobą żegnać. Ja też nie.
     – Jak możesz tak mówić?
     – A czego się spodziewałeś?! Że poprę twoją decyzję?
     – Chodź do stołu, porozmawiajmy… – rzekł starzec, kierując się w stronę drewnianej ławy.
     – Nawet nie siadaj – przerwał mu Nemvar – Przyjechałeś po swoje rzeczy, więc weź je i odejdź.
    Melvad chciał coś odpowiedzieć, ale kiedy tylko otworzył usta, dostał potężnego ataku kaszlu.
    Starzec oparł się ciężko o stół, a po chwili osunął się na kolana. Kaszlał długo, ale Nemvar nie ruszył się z fotela.
    W końcu w pokoju nastała cisza, zakłócana tylko ciężkim oddechem starca.
     – To przez ten kaszel? – spytał Nemvar – Dlatego chcesz okryć całą rodzinę hańbą?
     – Synu, posłuchaj…
     – Nie. Nie będę cię więcej słuchał! – krzyknął Nemvar, wstając gwałtownie – Czas na rozmowy minął, kiedy odwiedziłem cię w koszarach, a ty wręczyłeś mi list i kazałeś otworzyć go po tygodniu, żebym nie mógł cię powstrzymać! Wtedy mogliśmy rozmawiać. Teraz jest już za późno. Klamka zapadła, gdy opuściłeś koszary. Kiedy matka umarła, myślałem, że potrzebujesz czasu. Że muszę dać ci szansę poukładać myśli. Ale są rzeczy, których żałoba nie usprawiedliwia! Zdezerterowałeś. Zdradziłeś swój kraj! Weź swoje rzeczy i odejdź. Wychodzę i obym cię tu nie widział, kiedy wrócę! Dam ci czas na opuszczenie Fragtaru, zanim doniosę o dezercji, ale nie jesteś już moim ojcem!
    Z ostatnimi słowami Nemvar narzucił na siebie kurtkę i wyszedł z domu, trzaskając starymi drzwiami. Po chwili na podwórzu rozległ się krzyk i rżenie poganianego konia, a zaraz po nim stukot kopyt.
    Melvad został sam.

     

    ***
     

    Nie miał wiele swoich rzeczy, a większość z tego co chciał zabrać już i tak znajdowała się w jukach od chwili opuszczenia koszar. Tak naprawdę jedyną rzeczą jaką Melvad musiał wziąć z domu było jedzenie.
    Jadąc na miejsce, spodziewał się czuć ból płynący z rozstania, ale nie spodziewał się, że zrani go tak własny syn.
    Niemniej nie mógł choćby spróbować z nim pomówić, nie mógł czekać na jego powrót. Nawet jeśli groźba rzucona na odchodne to tylko czcze słowa, to wojskowi w końcu i tak zaczną go szukać.
    Jedynym pocieszeniem był fakt, że w domu czekała na niego pełna spiżarnia. Nie był to codzienny widok, więc starzec uznał ją za ostatni akt łaski syna.
    Mimo to Melvad nie wziął wiele jedzenia, jego klacz nie zauważyła nawet, kiedy zwiększył się ciężar juków. Droga przed nimi nie obfitowała w ludzkie towarzystwo, a tym bardziej w pomoc, ale wiodła przez lasy tak dzikie, że nie trudno w nich o zwierzynę.
    Nasmirska puszcza była jedynym miejscem w Ayrte prawdziwie należącym do natury. Odpowiadały za to głównie elfy, które miały swoje państwo w centrum lasu na wschodzie i pewna grupa… w górach na północy Fragtaru.
    I tam właśnie zmierzał Melvad.
    Spakowawszy jedzenie, starzec był już w zasadzie gotowy do drogi. Pozostała mu jeszcze tylko jedna rzecz do zrobienia.
    Starał się ją jednak odwlec i to tak bardzo, że przyłapał się nawet na próbie zajęcia fotela przy kominku. Tylko że nie było czasu na odwlekanie.
    Mimo to Melvad nie potrafił zmusić się, by to zrobić. Stał więc przy stole na środku izby i wpatrywał się w ostrze, które obracał w palcach.
    U boku zdrajcy, dezertera nie było miejsca na piękny, zdobiony sztylet ofiarowany mu niegdyś przez barona Argionu w podzięce za zasługi oddane Fragtarskiej armii. Nie było.
    W końcu starzec z rozmachem wbił ostrze w dębowy stół i szybkim krokiem opuścił dom, tak jakby bał się, że za chwilę może się rozmyślić.

     

    ***
     

    Droga przez góry nie była łatwa, zwłaszcza po tym, jak klacz Melvada złamała nogę podczas przeprawy przez wąwóz.
    Pożegnanie z ostatnią żywą istotą, którą Melvad mógł nazwać przyjacielem, nie było łatwe, ale było łatwiejsze niż patrzenie, jak klacz cierpi.
    Później były już tylko kolejne pożegnania. Wyrzucić dodatkowe ubrania było łatwo. Pozbycie się zbroi było już trudną decyzją, to samo tyczyło się większości prowiantu. Ważniejszy był przymus dźwigania na barkach ciężaru lat.
    Ostatecznie z dość sporego bagażu zostały mu już tylko brudny strój myśliwski, trochę mięsa, łuk, kołczan, kilkanaście strzał i miecz.
    Od tej chwili podróż na północ zwolniła niepomiernie. Utrata konia to jedno, ale przymus uszczuplenia zapasów spowodował, że Melvad niemal bez przerwy musiał kierować się za śladami zwierzyny, a te niekoniecznie prowadziły we właściwą stronę.
    Tygodnie tułaczki zasiały wątpliwości w jego sercu, ale nie złamały starczego uporu. Melvad wiedział, że przyjdzie taki moment, jeszcze zanim zdecydował się na podróż. W końcu jego plan zakładał błądzenie po lesie do skutku. Prowokację.
    I plan się powiódł.

     

    ***
     

    Melvad szedł między drzewami ze strzałą nałożoną na cięciwę. Stąpał ostrożnie, irytując się na każde chrupnięcie starych stawów. Tropił sarnę i był już na tyle blisko, że w każdej chwili mógł ją zobaczyć, albo usłyszeć.
    Nagle zza gęstwiny roślin rozległ się trzask. Starzec nie widział tam nic poza krzakami, ale założył, że to jego zdobycz, więc starał się iść jeszcze ciszej.
     – Nie kłopocz się, dziadku – rozległ się charczący głos.
    Melvad poderwał łuk do góry, naciągnął strzałę i celował w stronę, z której, jak sądził, dobiegły słowa, ale nie mógł dostrzec celu.
     – To też będzie zbyteczne – usłyszał w odpowiedzi – Opuść łuk, dziadku, bo jeszcze komuś stanie się krzywda.
     – Gdzie jesteś i z kim mówię?! – spytał Melvad, w dalszym ciągu celując w pustkę.
     – Nie krzycz, dziadku, twoja sarenka już nie żyje, ale w lesie są inne zwierzęta – powiedział głos.
    W tym momencie krzaki przed Melvadem zaszeleściły. Spośród nich wyszedł mężczyzna nietypowej urody. Jego zarost, tak samo jak włosy na reszcie ciała, przypominał raczej szarą sierść, a rysy jego twarzy wydawały się być jeszcze ostrzejsze niż te, które Melvad widział u elfów.
     – Dziadku… Miałeś opuścić ten łuk, zanim zrobi się nieprzyjemnie – powiedział tamten.
     – Najpierw powiedz mi kim jesteś i co robisz w środku lasu? – spytał Melvad.
     – Ehh… A miało być po dobroci… – mruknął mężczyzna – Cestar.
    Melvad zdążył otworzyć usta, ale nie powiedział ani słowa. Wielka kosmata ręka, która wychynęła zza jego pleców, złapała za łuk, a ten pękł z trzaskiem.
    Potem starzec poczuł uderzenie w głowę i od tej pory widział już tylko ciemność.

     

    ***
     

    Melvad nie wiedział, jak długo był nieprzytomny, ale w międzyczasie zdążył zapaść zmrok. Obudził się związany przy ognisku. Czuł nieznośny ból głowy, ale tego się spodziewał. Nie spodziewał się ataku kaszlu.
     – No no, dziadku, pięknie się dusisz – powiedział pokryty szarą sierścią mężczyzna, kiedy w lesie znów nastała cisza.
    On i jego towarzysz siedzieli na pniu obalonego drzewa tuż przy ognisku. Wyglądało na to, że są braćmi, bo jedyną różnicą w ich wyglądzie był odcień sierści, która w przypadku tego zwanego Cestarem była znacznie ciemniejsza.
     – Nie za dobrze zaczęliśmy naszą znajomość. Ale może chociaż postarajmy się o drugie wrażenie, dziadku. Ja jestem Cestar, a to jest Kazmir.
     – Jeśli zależy wam na dobrym wrażeniu, to moglibyście mnie rozwiązać – szepnął Melvad, próbując obrócić twarz w stronę rozmówców.
     – Wybacz, ale jakoś nie mamy ochoty na szarpanie się z tobą, ani tym bardziej na ściganie cię po lesie, dziadku. – powiedział Kazmir – Pociesz się tym, że i tak byś nie uciekł.
     – Należycie do Opuszczonych, prawda? – spytał Melvad.
     – A co cię to, dziadku, obchodzi? – zapytał Cestar, nachylając się w stronę jeńca.
     – Tyle mnie to, synku, obchodzi, że jeśli należycie do Opuszczonych, to wcale nie zamierzam uciekać. A na imię mam Melvad.
     – Szukasz drogi do obozu, dziadku? – spytał Cestar – Dlatego błądzisz po lesie?
     – W zasadzie tak, ale wiedziałem, że sam tam nie trafię, więc liczyłem, że ktoś, a w tym wypadku wy, bo zakładam, że jednak należycie do Opuszczonych, znajdzie mnie i zaprowadzi do waszego przywódcy.
     – A po jaką cholerę chcesz się widzieć z przywódcą Opuszczonych, dziadku? – spytał Cestar.
     – Chce zostać jednym z was.
    W tym momencie Kazmir i Cestar spojrzeli na siebie i wybuchnęli śmiechem.
     – Coś was bawi?
     – Tak, dziadku. Ty – powiedział Kazmir.
     – Bo? – zapytał zirytowany starzec.
    Cestar wstał z pnia i podszedł do Melvada, po czym pochylił się nad nim, złapał za linę na jego piersi i przyciągnął go do siebie.
     – Bo NIKT nie chce tak po prostu zostać Opuszczonym – warknął.
     – Ja już jestem opuszczony, brakuje mi tylko klątwy – odparł Melvad, patrząc Cestarowi prosto w oczy.
     – Zostaw go Cestar – rzekł Kazmir, zanim tamten zdążył coś powiedzieć.
     – Ale on na pewno chce się dostać do obozu na czyjś rozkaz – powiedział Cestar, nie puszczając starca.
     – Jeśli jest szpiegiem, to może Azsaar będzie w stanie coś z niego wyciągnąć i może nawet skarze go na śmierć – powiedział Kazmir – Ale tak czy inaczej chyba nie chcesz decydować za niego.
     – Masz rację, ale skoro mamy wracać do głównego obozu to nie marnujmy więcej czasu. On już się naspał, ty zresztą też. Chodźmy. – powiedział Cestar, po czym podniósł Melvada na równe nogi, rozciął mu więzy i zwrócił się do niego – Nie próbuj uciekać, bo umrzesz na miejscu.
     – Jeśli mi nie ufacie, to może zasłońcie mi oczy, żebym nie widział gdzie idę – zaproponował starzec.
     – Jeżeli masz szczere intencję, choć w to wątpię, to im szybciej poznasz drogę do obozu tym dla ciebie lepiej. A jeżeli kłamiesz, to i tak poznasz tę drogę tylko w jedną stronę. – powiedział Kazmir, wstając – Tak czy inaczej, bez zawiązanych oczu będziesz nas spowalniał trochę mniej.

     

    ***
     

    Mimo wszelkich przejawów chamstwa jakie w ostatnich dniach go dotykało, Melvad cieszył się z towarzystwa.
    Mężczyźni często z niego drwili, a Cestar niejednokrotnie bywał agresywny, ale nie zrobił mu krzywdy.
    Melvad nie spytał ich o to wprost, bo zauważył, że temat klątwy jest niebezpieczny, ale założył, że obaj mężczyźni są teriantropami. O ile mu było wiadomo, w Obozie Ranqur żyli wyłącznie teriantropii, a poza tym to było jedyne wyjaśnienie ich dziwnego owłosienia, jakie przychodziło starcowi do głowy.
    Tempo podróży, jakie narzucali Kazmir i Cestar, również wyglądało na nienaturalne. To normalne… ludzkie, że starzec nie nadążał ze młodszymi od siebie, lecz oni nie tylko zdolni byli do całodobowego marszu, ale też nie okazywali przy tym żadnych oznak zmęczenia.
    Już po paru pierwszych godzinach wspólnej podróży, starzec zaczął się cieszyć, że nie musi nieść swojej broni i nie przeszkadzał mu nawet fakt, że na zwrot miecza nawet nie powinien liczyć, a na odzyskanie łuku szans nie ma żadnych.
    I tak powoli mijała podróż. Pewnie nic nie zakłóciłoby jej monotonii gdyby nie to, co stało się czwartej nocy po ich spotkaniu.
    Najpierw teriantropii powiedzieli, że słyszą czyjeś głosy, a wkrótce potem w oddali pojawił się żółty blask ognia.
     – To wasi? – spytał szeptem Melvad.
    Cestar podszedł do niego, złapał go za kark i przyparł plecami do najbliższego drzewa.
     – Lepiej ty mi powiedz, dziadku – powiedział teriantrop – To nasi, czy twoi kumotrzy?
     – Daj mu spokój Cestar. To tylko kilku żołdaków poradzimy sobie – rzekł Kazmir – Gdyby ktoś wysłał go na przeszpiegi, nie zaryzykowałby w tym samym czasie wysłania drugiego oddziału, który mógłby popsuć mistyfikację.
    Cestar puścił Melvada, który z wielkim trudem stłumił atak kaszlu.
     – To może być pościg za mną – powiedział w końcu starzec – Ale nigdy nikt nie zapuszcza się tak daleko na północ, więc to pewnie dezerterzy.
     – Wiesz coś o nich? – spytał Kazmir.
     – Nie wiem na pewno, zwłaszcza, że są daleko – powiedział Melvad – ale to może być dziesiątka Taricka. Zdezerterowali dwa miesiące temu, po czym spalili wieś, zgwałcili kobiety, zrabowali co się ostało i uciekli w te lasy.
     – I nikt ich nie znalazł przez te dwa miechy? – spytał Cestar.
     – Sam zdezerterowałem już jakiś czas temu, ale jak mówiłem. Nikt nigdy nie zapuszcza się tak daleko na północ – rzekł Melvad.
     – Sami spalili wioskę? Dobrzy są? – dopytywał Kazmir.
     – O ile wiem to niezbyt. Ogień podłożyli nocą, a wieśniakami zajęli się, kiedy ci w panice ratowali swój dobytek – odparł starzec.
     – Znaczy skurwysyny – mruknął Cestar – I dobrze. Przyjemniej będzie zabijać. Chodźmy.
    Od tej chwili cała trójka poruszała się bezszelestnie. To znaczy Melvad poruszał się bezszelestnie jak na kogoś, kogo stawy trzeszczą przy każdym ruchu, za to teriantropi poruszali się bezszelestnie w całkiem dosłownym tego słowa znaczeniu.
    Przy ognisku siedziało dziewięciu mężczyzn, wszyscy w mniej lub bardziej kompletnych zbrojach i wszyscy pijani.
     – Miało ich być dziesięciu, dziadku – powiedział Cestar.
     – Tylu zdezerterowało – odparł starzec – O ile to w ogóle ta sama grupa.
     – Nieważne – mruknął Kazmir.
     – Macie jakiś plan? Co mam robić? – spytał Melvad, gdy teriantropi zatrzymali się w krzakach tuż przy ognisku.
     – Sami se poradzimy, dziadku – mruknął Kazmir – Ty się tam nawet nie zbliżaj.
     – Skoro chcecie walczyć, to może chociaż oddacie mi miecz? – spytał starzec.
    Cestar odtroczył od pasa miecz Melvada i wbił go w ziemię u jego stóp.
     – Masz – mruknął, zdzierając z siebie koszulę – Siedź tu i pilnuj naszych rzeczy. Tylko nie próbuj uciekać, bo…
     – Dogonisz mnie i zabijesz – dokończył starzec – Pamiętam.
     – I dobrze, że pamiętasz – odparł Cestar z paskudnym uśmiechem na ustach.
    Obaj teriantropii pozbyli się już większości swoich ubrań. Zostały im tylko stare spodnie. Mimo to nie wyglądali na zbyt przejętych chłodem, jaki panował nocą na północy.
     – Gotowy? – spytał Kazmir.
     – Zawsze – odparł Cestar.
    Wtedy się zaczęło. Mężczyźni ruszyli w stronę obozowiska. O ile już wcześniej wydawali się przesadnie owłosieni, tak teraz to co dla Melvada przypominało sierść, faktycznie się nią stało.
    Cała przemiana wyglądała na dość bolesną. Rozrost mięśni i przemieszczanie się kości było nie tyle gwałtowne, co skokowe i niesymetryczne. I to do tego stopnia, że teriantropi wyglądaliby na prawdziwe potwory dopiero, gdyby przerwali swoją przemianę w trakcie.
     – Czy ja na pewno tego chce? – pomyślał Melvad bacznie przyglądając się dwóm potężnym kotołakom.
    Z obu zwierzęcych gardzieli wydobył się, oznajmiający zakończenie przemiany, ryk, którego dezerterzy z obozu nie mogli przeoczyć.
    Wśród piechurów wybuchła panika, część z nich zaczęła biegać w poszukiwaniu broni, część miała ją przy sobie, ale stała sparaliżowana strachem.
    Pierwszy padł młody chłopak, który stanął Cestarowi na drodze. Nie miał na sobie hełmu. Kotołak po prostu złapał go za kark i cisnął nim o drzewo, a po lesie rozległ się trzask pękającej czaszki.
    Dopiero wtedy wywiązała się walka. Teriantropi nie zważali na własne rany. Chronili wrażliwe miejsca własnymi rękami i zadawali ciosy o sile, przed którą nie chroniła nawet zbroja.
    Melvad odwrócił wzrok. Nie chciał patrzeć na tą masakrę. Przez lata spędzone w wojsku widział już dość krwi, ale wtedy zawołał go Cestar.
     – Nie odwracaj wzroku, dziadku! Patrz do kogo chcesz przystać! – z tymi słowami, kotołak uniósł w powietrze najbliższego piechura, złapał go za rękę i dosłownie oderwał ramię od tułowia.
    Melvad widział już wiele, i słyszał niejedno, ale nic nie było porównywalne z wyciem, jakie wyrwało się z ust ofiary, nim ta wreszcie umilkła i została odrzucona na ziemię.
    Pozostała trójka piechurów, która wciąż trzymała się na nogach, w mgnieniu oka zbledła jeszcze bardziej i rzuciła się biegiem w las.
     – Cholera… Mogłeś się wstrzymać z tym dramatyzmem… Nieważne, mam ich… – mruknął Kazmir i rzucił się w pogoń za uciekinierami.
    Cestar stał w miejscu i oparłszy ręce o boki rechotał, jakby właśnie opowiedział najprzedniejszy kawał.
    Nagle jednak śmiech się urwał, jak cięty nożem. Z tą różnicą, że nie nożem, a mieczem, i nie śmiech był cięty, ale noga Cestara.
    Któryś z uznanych za martwych piechurów, korzystając z jego nieuwagi, zamachnął się nisko mieczem i trafił kotołaka w kolano.
    Cestar ryknął z bólu i padł między trupy. Tymczasem dezerter podniósł się z ziemi. Miał na sobie napierśnik, z wgnieceniem tak wielkim, że musiało utrudniać oddychanie.
    Kotołak chciał wstać, ale pierwsza próba dowiodła, że jego noga była zupełnie bezużyteczna, a kolejne podejścia zostały wykluczone przez nagi miecz, który zawisł nad jego piersią.
    To nie tak, że Melvad podjął decyzję. Zadziałał odruchowo. Uznał teriantropów za swoich, więc instynktownie chciał ich chronić.
    Starzec wyszarpnął z ziemi miecz i rzucił się w stronę dezertera. Tymczasem ten, nieświadom jego obecności, wziął zamach… I uderzył klingą o broń Melvada.
    Oba ostrza zawisły pół stopy nad twarzą Cestara. W oczach piechura malował się zupełny brak zrozumienia. O te same emocje można by posądzić kotołaka. Gdyby tylko zwierzęcy pysk pozwalał na jednoznaczne określenie wyrazu twarzy.
    Impas trwał kilka uderzeń serca. Melvad wcale nie był przekonany, czy chce zabić swojego przeciwnika. Ten jednak nie miał takich oporów.
    Dezerter niespodziewanie odtrącił miecz starca i wymierzył cięcie w jego szyję. Melvad sparował, po czym zmarkował cios w szyję przeciwnika i, kiedy ten się zasłonił, chlasnął go ostrzem po odsłoniętych dłoniach.
     Piechur z krzykiem upuścił miecz i zaczął się cofać.
     – Nie… Panie… Proszę… – mówił, przyciskając zakrwawione ręce do piersi.
     – Stój – rzekł starzec, ale dezerter nie zatrzymał się i kroczył się dalej, mamrocząc pod nosem prośby.
    Melvad nie chciał go zabić, lecz, jeśli nie chciał narazić się teriantropom, nie mógł też pozwolić mu uciec. Szedł więc za piechurem z wyciągniętym mieczem, myśląc tylko o tym, by Kazmir w końcu wrócił.
    Nagle problem został rozwiązany. I to w raczej mało subtelny sposób.
    Dezerter zbliżył się do Cestara na tyle blisko, że kotołak złapał go za nogę, powalił na ziemię i wbił mu pazurzastą łapę prosto w pierś.
    Szpony przebiły się przez napierśnik. Świadczył o tym długi i pełen bólu krzyk piechura, ale w końcu i on ucichł.
    Kotołak wyciągnął poranioną blachą dłoń z ziejącej rany i osunął się w milczeniu na ziemię.
    Melvad usiadł obok i pochyliwszy głowę spróbował uspokoić myśli. To miał być już koniec niespodzianek, ale nie był.
    Milczenie przerwał bełkotliwy głos.
     – Coście się tak darli… – powiedział mężczyzna, który zawiązując pantalony właśnie zbliżał się do obozowiska.
    Melvad go rozpoznał. To był Tarick. Wcześniej widzieli się tylko raz i to przypadkiem, ale teraz to wspomnienie było wyraźne.
    Jego głos, tak jak i sposób stawiania kolejnych kroków, świadczyły o tym, że wypił o wiele więcej od swoich towarzyszy. Nie miał też broni.
    Nie mniej nawet stan jego upojenia nie stłumił reakcji na widok ciał dawnych kompanów.
    Tarick zrobił się blady jak czysta wapienna skała. Chciał krzyknąć, ale z jego gardła wydobył się tylko bełkot.
    Dezerter rzucił się do ucieczki, ale już po paru krokach potknął się o grubą gałąź i padł na ziemię.
    Tym razem udało mu się krzyknąć. Z bólu. Wyglądało na to, że co najmniej skręcił sobie kostkę, ale mimo to wstał i kuśtykał dalej.
    Melvad ruszył za nim, świadom tego, że teriantropi nie wybaczą mu wypuszczenia uciekiniera. Poza tym zrozumiał, że dotarcie do obozu zeszłoby najpewniej na drugi plan na rzecz tropienia zbiega, a przecież każdy kolejny dzień spędzony w lesie był jednym dniem mniej na otrzymanie klątwy.
    Pościg za uciekinierem wyglądał raczej żałośnie. Tarick ledwo mógł iść, ale i tak minęło parę dobry chwil nim starzec go dogonił.
    Melvad odrzucił niesiony miecz i skoczył uciekinierowi na plecy. Obaj padli na ziemię.
     – Poczekaj… Tarick… – tyle starzec zdążył powiedzieć zanim piechur zdzielił go łokciem w nos.
    Wywiązała się szamotanina. Tarick okładał Melvada pięściami po torsie, ale w końcu ten kopnął napastnika w uszkodzoną nogę i przejął inicjatywę.
    Korzystając z chwili bezsilności Taricka, starzec obrócił go na brzuch, usiadł mu na plecach i oparł swoje dłonie o jego ręce.
     – Cholera… – mruknął Melvad – Mam nadzieje, że…
    Nagły atak kaszlu odebrał mu dech w piersiach. Starzec i tak już dość długo cieszył się spokojem, ale teraz jego choroba mogła pozbawić go życia i to w zupełnie inny sposób, niż się tego spodziewał.
    Tarick wykorzystał swoją przewagę, kiedy tylko poczuł, że chwyt starca słabnie. Piechur błyskawicznie zrzucił z siebie przeciwnika, po czym pochylił się nad nim i uniósł pięść, by raz na zawsze ukrócić jego kaszel.
    Powstrzymała go wielka szara dłoń.
     – Normalnie w takich wypadkach pytamy się, czy wybierasz życie, czy śmierć… – powiedział Kazmir, unosząc Taricka w górę za wykręconą rękę i patrząc mu prosto w oczy – Ale dziś nie mam ochoty się w to bawić.
    Kotołak złapał dezertera drugą dłonią za szyję i jedną ręką złamał mu kark. Pomimo krzyków i błagań o litość.
    Po chwili milczenia Kazmir odrzucił ciało i podszedł do leżącego nieopodal miecza Melvada.
    Kotołak podniósł klingę i wycelował nią w starca, który wciąż jeszcze nie zdążył uspokoić oddechu po ataku kaszlu, nie mówiąc o podniesieniu się z ziemi.
     – A ty… – zaczął Kazmir – Ty nie miałeś się nawet ruszać z miejsca…
    Z tymi słowami kotołak cisnął ostrze, gdzieś wysoko w przestrzeń, a towarzyszył temu dźwięk wbijania się klingi w drewno.
     – Zostaw go, Kazmir… – powiedział nagle Cestar.
    Kotołak o ciemniejszej sierści kuśtykał właśnie w ich stronę, opierając się przy tym ciężko o jakąś gałąź.
     – Uratował mi życie – mówił Cestar – Nie wiem, czy jest szpiegiem, ale póki jest z nami, jest swój.
    Melvad nic nie powiedział, patrzył tylko tępo w kierunku, w którym poleciał jego miecz. Ostatnia pamiątka po dawnym życiu.

     

    ***
     

    Ostatnie dni wspólnej podróży minęły niemal przyjemnie. Problemem było tylko to, że zarówno Cestar, jak i Melvad byli mocno obolali po walce, a ataki kaszlu starca nasilały się. Mimo to nadzieje, które zdusiła masakra, odżyły w nim na nowo.
    To czego niegdyś uczono go o klątwie teriantropii okazało się prawdą. Po czterech dniach noga kotołaka była już niemal zupełnie zdrowa i to mimo tego, że początkowo do niczego się nie nadawała.
    To właśnie czwartego dnia cała trójka dotarła do wąwozu, który miał zaprowadzić ich do Obozu Ranqur.
     – Wiesz… Zdążyłem cię polubić, dziadku – powiedział Cestar – Mam nadzieję, że nie kłamałeś. Nie wiem, czy mądrze jest pragnąć tej klątwy, ale zgaduję, że to przez ten kaszel. Kiedy już spotkasz Azsaara, powiedz mu o tym. To dobry przywódca, zrozumie. Nie wszystko, co zostawiłeś za sobą, porzuciłeś na darmo.
     – Mam nadzieję – westchnął Melvad, patrząc z uporem w głąb wąwozu.

     

     

    KONIEC

    • Ten wątek został zmodyfikowany 1 rok, 6 miesiące/y temu przez użytkownika  Marek Pastuszczak
    • Ten wątek został zmodyfikowany 1 rok, 5 miesiące/y temu przez użytkownika  Marek Pastuszczak
Wyświetlono 1 post (z 1 ogółem)
W odpowiedzi do wątku: Starzec

Możesz użyć BBCode do formatowania treści.
Twoje konto nie zezwala na używanie Zaawansowanego BBCode, przed publikacją zostanie on usunięty z postu.

Twoje informacje: