Opuszczony

Forum Opowiadania Opuszczony

Ten wątek zawiera 0 odpowiedzi, ma 1 uczestnika i został zaktualizowany przez  Marek Pastuszczak 1 rok, 6 miesiące/y temu.

Wyświetlono 1 post (z 1 ogółem)
  • Autor
    Posty
  • #3169 Odpowiedz

    Opuszczony

    Był ranek kilka dni po przesileniu zimowym. Śnieg pokrył Nasmirską Puszczę warstwą grubą na niemal trzy stopy. Rumak Gafnara chwilami miał poważne problemy z brnięciem naprzód, ale to nie był byle koń. Nie zatrzymywał się tylko parł dalej.
    Kary wierzchowiec nie pochodził z żadnej stadniny. Elfy nie zwykły hodować jakiejkolwiek zwierzyny, niemniej większość koni, które żyły w granicach ich państwa, dobrowolnie im pomagała, a jazda na nich była czystą przyjemnością. Takie konie nie musiały być prowadzone przez jeźdźca, same dobierały trasę między drzewami. Wystarczyło wskazać kierunek.
    Rodowód ogiera również nie należał do przeciętnych. Pochodził z czegoś na kształt rodziny królewskiej wśród elfich koni. Był to tak naprawdę jedyny powód, dla którego teraz pozwalał swojemu jeźdźcowi zabrać się w tak daleką podróż, z dala od domu.
    Nie mniej – o ile nie bardziej – znamienite było pochodzenie jeźdźca. Rudowłosy elf o ostrych rysach i jednokolorowych niebieskich oczach należał do królewskiego rodu.
    Od setek lat nikt, spośród wielkich jego ludu, nie zapuszczał się tak daleko na wschód w stronę kraju ludzi. Tymczasem Gafnar był nie tylko synem Bafralla, obecnego króla, ale również prawowitym następcą tronu. Na wschód wywiodły go jednak wyjątkowe okoliczności i… przerost ambicji.
    Pierwszy powód trzeba złożyć na barki, pogłębionego przez grupę elfich radykałów, konfliktu, jaki toczył się między elfim Nasmirem a ludzki Fragtarem. Nie ważąc na konsekwencje, głupcy próbowali stworzyć coś na kształt nadelfa. Czempiona, który miałby powieść naród na podbój wschodu. Odnotowali nawet kilka sukcesów, ale w ostatecznym rozrachunku, doprowadzili tylko do zaognienia stosunków między królestwami. Do tego stopnia, że wysłanie tak znamienitego ambasadora jak książę, było zdecydowanie na miejscu.
    Co do drugiego powodu… Mimo wieku, bo przecież niemal sto lat to nie mało nawet jak na elfa, książę wciąż nie uległ zwykłej jego rasie apatii względem całego świata. Wciąż był tak żywy jak nastoletni chłopiec. Gdyby nie to, ojciec zapewne wysłałby z tą misją jego młodszego brata, Harvalla, ale Gafnar, tylko posłyszawszy o samotnej wyprawie, zgłosił się na ochotnika.
    Żałował tylko, że tak daleką podróż musi odbyć na grzbiecie konia, zamiast wśród chmur na skrzydłach królewskiego gryfa. Niemniej podniebna podróż o tej porze roku najpewniej szybko okazałaby się śmiertelna, a poza tym przybycie na obrady z tak potężnym stworzeniem u boku mogłoby uniemożliwić zawarcie trwałego pokoju, a na pewno utrudniłoby obrady.
    I w ten właśnie sposób, po miesiącu jazdy, książę przekroczył umowną granicę z krajem ludzi. Umowną, bo tylko ludzie jej przestrzegali. Dla elfów, tam dokąd ciągnęły się drzewa, tam był Nasmir. Nawet sam las zatracił dawną nazwę i przyjął miano Nasmirskiej Puszczy.
    Jednak, niezależnie od układu granic, Gafnar znalazł się w miejscu gdzie nikt, ani ludzie, ani elfy, nie zapuszczały się bez wyraźnej potrzeby. Mało zaludnione tereny obfitowały w potwory i stawały się idealnym polem do potyczek między narodami. Walki skutkowały paleniem domów i trupami, a to ściągało jeszcze więcej potworów i powodowało jeszcze więcej wysiedleń, więc teren był jeszcze atrakcyjniejszy dla działań zbrojnych… I tak w kółko.
    Powiedzieć, że w lesie roiło się od potworów byłoby przesadą, ale było ich wiele, a przede wszystkim były niesamowicie zróżnicowane gatunkowo. Od tygodnia, Gafnar niemal codziennie spotykał na swojej drodze przynajmniej jedno monstrum, a jeszcze nie zdarzyło mu się zauważyć dwa razy przedstawiciela tego samego gatunku.
    Zwykle potwory mijały go z daleka. Czasem rumak księcia sam wybierał trasę tak, aby odgrodzić się drzewem, bądź skałą od potencjalnego zagrożenia. A raz, czy dwa zdarzyło się, że Gafnar miał do zjedzenia dość nietypowy posiłek. Dla przykładu wczorajsza kolacja sporządzona była z mięsa warga.
    Z założenia potwory nie powinny stanowić zagrożenia dla księcia. Z założenia poddanych. U elfów rodzina królewska przewodziła radzie rządzącej krajem i powinna być wzorem siły, a więc na cóż księciu miałaby być potrzebna eskorta przy sprawie tak błahej.
    Niemniej potęga rodu była faktem. Lata łączenia się w pary tylko potężnych elfów przyniosły zamierzone efekty. Po ujarzmieniu talentów księcia, poprzez niekończące się treningi, Gafnar rzeczywiście nie musiał się lękać większości potworów.
    Większości. Z tych ciekawszych Gafnar spotkał już drugada, minął mierzącą przynajmniej trzydzieści stóp średnicy pajęczynę i… Właśnie wjechał na polanę na której spał bazyliszek…
    Jeździec pochylił się nad uchem wierzchowca i próbował go pokierować z powrotem w las, ale było już za późno.
    Potwór wstał niezgrabnie, otrzepał się ze śniegu, stanął na dwóch łapach i rozprostowawszy potężne błoniaste skrzydła zaskrzeczał.
    Od długiego ogona aż po krótki dziób mierzył jakieś dwadzieścia stóp. Jego skórę pokrywała zielonkawa łuska, oczy wypełniały małe źrenice, otoczone krwiście czerwoną tęczówką, a na krańcach skrzydeł lśniły, ociekające jadem, szpony, które mogłyby z powodzeniem służyć katom do dekapitacji.
    Do jego dzioba przyklejony był zbity śnieg. Gafnar wyobraził sobie, że to śnieżka, którą ktoś przed chwilą rzucił w gada i nawet uśmiechnął się do tej wizji. To byłoby nawet logiczne wytłumaczenie tego, że bazyliszek się obudził, bo przecież książę starał się zachować ciszę w trakcie jazdy. Gdyby tylko w pobliżu mogła znajdować się jakaś istota zdolna do lepienia śnieżek…
    Na widok potwora rumak księcia miał już zawracać i kryć się między drzewami, ale Gafnar go powstrzymał. Nie zdążyliby uciec, nie przed bazyliszkiem.
    Elf spędził wiele godzin na nauce o wszelkiej maści istotach zamieszkujących płaszczyznę Ayrte. Wiedział, że, wbrew wierzeniom motłochu, potwór ten nie zmieniał w kamień swoim spojrzeniem, ale za to kropla jego jadu wystarczyłaby, żeby spowodować u wojownika paraliż całego ciała i zapoczątkować proces gnilny skóry, co razem dawało efekt dość podobny do bajań ciemnoty.
    Wiedział też, że stwór jest diabelnie szybki, a każda chwila zwłoki od momentu przebudzenia się bestii zmniejsza jego szanse w tej walce.
    Książę jeszcze raz spojrzał na trzy kolorowe węzły przy siodle. Wszystkie pełniły formę prostego raportu w przypadku, gdyby koń wrócił do stolicy bez jeźdźca. Oczywiście elfy mogły odczytać wspomnienia konia, ale stanowiło to dodatkowe zabezpieczenie w razie, gdyby były z tym jakieś trudności.
    Lewy supeł był rozwiązany od momentu wyruszenia, oznaczało to, że jeździec nie dotarł na obrady. Rozwiązanie środkowego świadczyłoby o dotarciu na obrady i prawdopodobnym zagrożeniu ze strony ludzi. A rozwiązanie ostatniego oznaczało, że jeździec zdążył rozpocząć drogę powrotną do stolicy elfów.
    Upewniwszy się, że węzły są prawidłowo zawiązane, Gafnar zeskoczył z wierzchowca. Setki drobnych stalowych płytek, naszytych na brązowy kaftan, zachrzęściły. Pancerz nie dawał w tej walce zbyt dużej przewagi, ale był lekki, więc nie sprawiał też większych problemów.
    Tak samo hełm wykonany z jednego kawałka blachy z dużym wcięciem z przodu twarzy, ciągnącym się od samej brody aż po oczy, oraz drugim z tyłu głowy z którego wystawał pękł długich, ogniście rudych włosów.
    Bazyliszek ciężko opadł na ziemie uderzając potężnymi łapami w podłoże. Był spory nawet jak na przedstawiciela swojego gatunku.
    Kiedy elf zaczął szukać wzrokiem czegokolwiek, co mogłoby dać mu przewagę w walce, gad skoczył w jego stronę i pokonał połowę dzielącej ich odległości jednym susem.
    Gdyby nie to, że bazyliszek wpadł w głęboki śnieg, Gafnar pewnie nie zdążyłby uskoczyć przed bestią. Ale chwilowe szczęście obróciło się przeciwko niemu.
    Zaspa spowolniła bazyliszka tylko na ułamek sekundy za to, kiedy elf rzucił się w bok, wpadł w tak głęboką zaspę, że nie sposób było szybko wstać.
    Elf przymknął oczy, zaciągną mocy z otaczających polanę drzew, uniósł ręce nad sobą i wyszeptał zaklęcie. Lodowa pokrywa zaczęła przykrywać zagłębienie, w którym leżał.
    Bazyliszek uderzył łapą w skorupę. Lód wytrzymał. Przynajmniej chwilowo, bo potwór nie zniechęcił się i ustawicznie tłukł pazurami w pokrywę.
    Przeźroczystą pokrywę. Gafnar widział z bliska zielonkawe ślepia potwora i pianę toczącą mu się z dzioba. Przez głowę przeszła mu myśl, że właśnie stworzył sobie lodową trumnę. Wtedy dopiero wymacał swój miecz. Kawałek żelaza, który był w tej chwili całą jego nadzieją.
    Elf zassał trochę energii z okolicznych drzew i wypowiedział formułę czaru. Kraniec jego miecza rozjarzył się od nagromadzonego ciepła. Kluczem był czas. Gafnar pchnął ostrzem w tej samej chwili, gdy bazyliszek uderzył pazurami w lód.
    Mnogość dźwięków niemal go ogłuszyła. Pierwszy był syk parującej wody, a zaraz po nim, pękanie czapy lodu i wrzask ranionego bazyliszka. Gafnar zasłonił twarz. Czuł wrzątek przesiąkający przez kaftan, ale nie tego się lękał. Problemem był jad.
    Wtedy poczuł jak jakaś potworna siła zaciska się na jego brzuchu i szarpie go w górę. Elf został wyrzucony na kilka, jeśli nie kilkanaście stóp w powietrze tylko po to, by upaść tuż obok gada.
    Próbował wstać, ale ból w lewej ręce sprawił, że tylko krzyknął. Była złamana.
    Gafnar znów zaczerpnął mocy z pobliskich drzew. Kończyła się. Nic w tym zresztą dziwnego o tej porze roku. Dzięki tej resztce energii elf pokrył lewe przedramię grubą warstwą lodu. Tak samo postąpił ze swoim bokiem. Kaftan nie wyglądał na przerwany, ale pod naciskiem dziobu skóra elfa musiała pęknąć, grożąc wykrwawieniem.
    Prowizoryczny opatrunek niemal natychmiast mu się przydał. Gad chciał rozdziobać głowę elfa, ale ten zasłonił się złamaną ręką, a lód zaklinował się w wewnątrz dziobu.
    Potwór wyglądał na co najmniej zaskoczonego. Zaczął cofać się z przerażeniem w oczach, tak jak czasem robią to koty, kiedy coś przyczepi im się do głowy.
    Nie przyniosło mu to pożądanych efektów, za to Gafnar został ponownie wyszarpnięty ze śniegu i wisiał pod głową cofającej się bestii, czując przy tym niesamowity ból w wykręconym łokciu.
    W końcu potwór potknął się o własny ogon i upadł na wznak. Dopiero wtedy wpadł w panikę. Gad bił skrzydłami o ziemię i rzucał głową na wszystkie strony.
    Elf był na progu omdlenia, ale udało mu się nie wypuścić miecza z dłoni i w odpowiedniej chwili wbić go w pierś bazyliszka.
    Potwór wrzasnął. Czy raczej spróbował wrzasnąć, bo uniemożliwiał mu to lód w dziobie. Zaraz potem gad złapał elfa w szpony i szarpnął szyją po raz ostatni.
    Bestia odniosła zamierzony efekt jak i szereg skutków ubocznych. Jej dziób był już wolny, ale mocno wyszczerbiony przy końcu. Z kolei Gafnar został rzucony kilkanaście stóp dalej, a jego ręka została brutalnie wyrwana ze stawu zarówno w barku jak i w łokciu. Jedynym powodem dla którego jeszcze nie oderwała się od reszty ciała był wzmacniany kaftan, który przyjął część siły.
    Dla elfa nie miało to jednak większego znaczenia. Pazury bestii zdarły mu z głowy hełm i rozorały twarz. Nie było szans na to, że jad nie dostał się do rany. W zasadzie już był martwy.
    Gafnar oparł się na broni i wstał. Za wyjątkiem twarzy, której już nie czuł, wszystko go bolało i wyglądało na to, że ma też skręconą kostkę, ale nie zwracał już na to uwagi.
    Wspierając się na mieczu. Elf kuśtykał w stronę potwora, który właśnie zdołał wstać.
    Niewiele widział, rana na twarzy ciągnęła się od lewej strony żuchwy poprzez policzek i nos aż do prawego krańca czoła. W lewym oku widział tylko ciemność, a prawe pełne było krwi. Mimo to zauważył, że jego przeciwnik też jest na skraju śmierci.
    Gafnar dopiero teraz dostrzegł, że bazyliszek stracił większą część łapy, którą uderzał o lodową skorupę. Posoka sowicie spływała z kikuta i rany na piersi, znacząc śnieg wokół gada.
    Potwór sprawiał wrażenie zupełnie ospałego.
    Książę z okrzykiem na ustach, uniósł ostrze, zatoczył się, wymijając przy tym kłapiący dziób bestii, i potężnym ciosem oderżnął jej łeb.
    Ciało potwora zwaliło się na ziemie u stóp Gafnara, a on upuścił miecz, postąpił kilka chwiejnych kroków, i padł twarzą w zaspę.

     

    ***

     
    Z tego co było później, elf niewiele pamiętał.
    Wiedział, że jakieś zwierze znalazło go i gdzieś ciągnęło. Był w jakimś domu na drewnianej podłodze, a potem w ciemnej, wilgotnej jaskini.
    Później długo otulała go ciemność, aż w końcu się obudził.

     

    ***

     
    Gafnar powoli otworzył oczy. Nie był pewny, czy oślepł na dobre, czy znajduje się w zupełnych ciemnościach, ale spróbował wstać.
    Dopiero wtedy poczuł, że jest spętany. Nie wiele myśląc, zaczął się szarpać z liną.
    Dobiegły go krzyki, ale głosy, które krzyczały, nie były zwyczajne. Brzmiały bardziej gardłowo, tak jakby ktoś nie mógł się zdecydować, czy chce warczeć, czy mówić.
    Głosy krzyczały coś o spokoju, coś, że zrobi sobie krzywdę. Potem świat nagle rozbłysnął oślepiającym światłem, a Gafnar pomyślał, że chyba dostał w głowę.
    Potem znów otuliła go lepka ciemność.

     

    ***

     
    Ktoś chlusnął mu w twarz lodowatą wodą.
    W domu nikt nie odważyłby się podnieść na niego ręki, a jeśli jednak znalazłby się ktoś taki, zaraz by ją stracił. I to była właśnie pierwsza rzecz, która przypomniała mu, że nie jest w domu. Jeszcze zanim otworzył oczy.
    Był w jaskini, chyba tej samej co wcześniej. Teraz było w niej jasno. Ale nie dlatego, że docierały tam promienie słońca.
    Kilka kroków od Gafnara płonęło spore ognisko, wokół którego siedziało kilka ciemnych postaci, a pod ścianą stała beczka z wodą.
    Elf poczuł na swojej skórze, spotęgowany wodą, chłód, a przynajmniej tak mu się wydawało, więc zaczął pełznąć w stronę ognia.
    Ręka nie bolała go już tak bardzo, to znaczy bolało go wszystko, ale ręka wydawała się być zdrowa. Spojrzawszy na nią elf nie zauważył nic nadzwyczajnego.
    Ktoś musiał go przebrać, bo miał teraz na sobie obcisły zielonkawy strój. Chyba jednoczęściowy, bo Gafnar nie mógł dopatrzeć się jego krańców.
    Tylko paznokcie wystawały spod zielonej, chyba wężowej, skóry. Wyglądały źle. Były czarne i bardzo długie. Na dworze w stolicy nie uszłoby to uwadze innych wysoko urodzonych i jakby dla samego uczczenia wspomnień, dopełznąwszy do ogniska, Gafnar zaczął próbować je wyczyścić.
     – Przestań! Co ty robisz? – zapytał znajomy gardłowy głos, kiedy elf, nie widząc efektów swoich działań, coraz mocniej skrobał paznokciami o paznokcie.
    Dopiero teraz książę przypomniał sobie o obecności obcych. Wszyscy siedzieli owinięci w futra, niedźwiedzi, wilków i czegoś, co wyglądało jak wielki kot. Towarzysze mieli kaptury, w postaci łbów poszczególnych zwierząt, nasunięte na głowy tak, że nie widać było ich twarzy.
    Książę czuł jak powoli opuszcza go otumanienie, ale bezsens całej sytuacji wcale nie pomagał mu zebrać myśli. Przecież powinien był nie żyć.
    Elf złapał się za głowę w poszukiwaniu blizny. Nie znalazł jej. Zauważył natomiast, że musi mieć niesamowicie spuchniętą gębę, bo okolice szczęki i nosa odstawały znacznie od reszty twarzy. Może tylko mu się wydawało, że jest ranny? Może hełm powstrzymał pazury bestii.
     – Psszzeprasszzam… Kim jeessteściiee?… – zapytał Gafnar, nie zauważywszy nawet jak bardzo sepleni.
     – Nie gadaj tylko jedz – warknął jeden z mężczyzn, wciskając elfowi resztki jakiegoś nieoskórowanego zwierzęcia – Jak wróci Stary, to wszystko ci powie.
    Gafnar pokiwał pokornie głową.
    Chciał się kłócić, ale zwyczajnie nie miał siły. Zamiast tego zajął się oskórowaniem rzuconego mu truchła, zdaje się zająca.
    Towarzysze parsknęli śmiechem, widząc jego półprzytomne zmagania i później znowu, gdy elf zaczął piec mięso nad ogniem. Nikt jednak nic nie powiedział. Milcząc, po prostu siedzieli w półmroku, w którym kaptury obcych wyglądały jak żywe.

     

    ***

     
    Zanim przyszedł ten, którego nazywano Starym, Gafnar zdążył dwakroć zasnąć, czy może raczej stracić przytomność. Raz nieomal spalił przy tym swoje mięso.
    Stary nadszedł z korytarza, z którego przedzierały się pojedyncze promienie światła. Miał na sobie białe, wilcze futro o dość długich włosach.
    Mężczyzna podszedł powoli do Gafnara, spojrzał na niego i, skinąwszy nań głową, ruszył dalej w głąb jaskini.
    Elf niezdarnie wstał. Czuł, że nie powinien okazywać tym mężczyznom słabości, ale zmęczenie i ból były zwyczajnie zbyt silne. Książę dosłownie słaniał się na nogach i gdyby nie to, że Stary szedł dość wolno, pewnie nie byłby w stanie za nim nadążyć.
    Tunel nie wił się, prowadził ich prosto jak strzała. Gafnarowi wydawało się, że idzie przez wieczność, wspierając się o ścianę, ale kiedy przystanął i obejrzał się przez ramię zobaczył jeszcze cienie siedzących przy ognisku.
    Obróciwszy się z powrotem, dostrzegł, że mężczyzna przed nim nie ma już na sobie białego płaszcza. Musiał go zdjąć przed chwilą i nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że był teraz całkiem nagi. Książę nie odezwał się jednak ani słowem. Szedł dalej za Starym, starając się przy tym nie patrzeć na jego mocno owłosione ciało.
    Mężczyzna był raczej krzepkiej budowy. Mierzył około sześciu stóp, a pod jego skórą grały mocne mięśnie. Jedyną rzeczą, przynajmniej z tej perspektywy, która zdradzała jego wiek, były jego włosy. Zarówno te na całym ciele, jak i te długie rozczochrane, swobodnie opadające na ramiona, były niemal w tym samym kolorze co białe futro, które przed chwilą nosił.
     – Daleeko jesscce? – spytał Gafnar.
     – Nie. – odparł mężczyzna, nie odwracając się nawet.
    Jeśli Stary faktycznie uważał, że miejsce do którego zdążali, było niedaleko, to albo wcale nie był taki stary, albo Gafnar był w naprawdę złym stanie.
    Elf miał przed oczami kolorowe punkciki. I w zasadzie to wszystko, co widział.
    Zwłaszcza po tym jak już się przewrócił.

     

    ***

     
    Obudziło go uderzenie w twarz, ale nie takie delikatne, jak kiedy cuci się przyjaciela. Pochylony nad nim Stary grzmotnął go pięścią z całej siły.
     – Wstawaj!
    Gafnar potarł się ręką po twarzy. Przypomniało mu to o tej dziwnej opuchliźnie, ale wcale nie pomogło oprzytomnieć.
     – Wstawaj, mówię! – powiedział Stary, kopiąc leżącego, tym razem od niechcenia.
    Gafnar wstał, wspierając się mocno o ścianę, a jego przewodnik, wyraźnie z tego zadowolony, ruszył dalej.
    Elf nie miał innego wyboru jak iść za nim. Szczęśliwie już po chwili Stary wszedł do większej groty, która miała być celem ich podróży.
    Pieczara wyglądała co najmniej niezwykle. Była idealnie symetryczna. Z jej ścian spływało osiem miniaturowych wodospadów, między którymi biegły korytarze takie jak ten, z którego przybyli.
    Woda spływała swobodnie po kamiennej posadce, by po kilku stopach wpaść do sadzawki wypełniającej większą część groty. Na środku jeziorka znajdowała się malutka wyspa, w której centrum ustawiony był postument z wydrążoną w nim, pełną wody, czarą.
    Przy niej właśnie zatrzymał się Stary.
     – Podejdź – powiedział mężczyzna.
    Gafnar mógł się w końcu przyjrzeć jego twarzy. Niewiele jednak zobaczył z uwagi na pokaźną, siwą brodę. Może nie mogła się równać z krasnoludzką, bo mierzyła koło pół stopy, ale zarastała grubo ponad połowę twarzy starca.
    Chcąc nie chcąc, elf musiał porzucić oparcie skał i przejść przez sadzawkę.
    Jeden krok wystarczył, by książę dowiedział się, że popełnił błąd. Kiedy Stary przechodził na drugą stronę jego stopy ledwie zanurzyły się w wodzie, więc Gafnar uznał, że sadzawka jest zwyczajnie płytka, ale najwyraźniej się pomylił. Dno jeziorka okazało się być nierówne, a ściślej mówiąc, na przemian usiane płyciznami i odpływami. Rzecz jasna symetrycznie.
    Tafla szybko zamknęła się nad głową księcia i gdyby nie żelazna dłoń która chwyciła go za kark, byłby to z pewnością koniec Gafnara.
    Stary wyciągnąwszy niedoszłego topielca z wody, rzucił nim na ziemie tak, jakby to było niesforne kocię.
    Gafnar zaniósł się od kaszlu, pierwotnie na czworakach, potem padł na ziemię z wyczerpania. Tymczasem jego towarzysz czekał, tym razem spokojnie.
    Opanowawszy się, Gafnar wstał i, opierając się o postument, spojrzał pytająco na Starego.
     – Uwierz mi, już to przerabiałem. Nie wiem ile pamiętasz, ani tym bardziej czego się domyślasz, więc najprościej będzie jeśli zaczniesz pytać – powiedział starzec po krótkiej ciszy zakłócanej wyłącznie przez szmer wody.
     – Pamiiieętam… Żee walccyłem zz bassylisszzkiieem. Zzabiiłeem go, alee onn zzzdążżyył mniee zzzraniić. Potteem ccekałeem na śśmierć. Późźniieej niic aż do terazz – powiedział Gafnar – Niie wiieem gdziiee jesstem, dlacceego przeeżyłeem, anii kiim jesteśścciiee wy. Wiieem tylko, żee niiossse ważne posselssttwo i powiiiniiieeneem niieezzwłoccniie wrócciić na sszzlak.
     – Tak… To raczej niemożliwe…
     – Niiee maccciie prawa mniiiee tu zzatsszzymaććć! Jesssteem… – zaczął protestować książę, ale siły szybko go opuściły.
     – Nie ma znaczenia do czego mamy prawo, ani kim byłeś – przerwał mu starzec – Ważne jest tylko kim i gdzie jesteś teraz. I jeśli nie będziesz mi przerywać to ci to wszystko wyjaśnię, ale najpierw… Spójrz w wodę.
    Gafnar zawahał się. Proste polecenie obudziło w nim strach. Nie był pewny, czy chce zobaczyć się w lustrze wody.
    Dopiero wtedy dotarło do niego, że nie powinien zobaczyć nic. Zupełnie nic. Światło ogniska było zbyt daleko, by docierać aż tutaj. Nawet elf nie powinien widzieć czegokolwiek w takich ciemnościach, a przecież on widział dokładnie wszystko.
    Nie rozumiał nic z tego co się dzieje. Chciał zrozumieć. Dlatego spojrzał w taflę.

     

    ***

     
    Serce zatrzymało się w piersi Gafnara. Elf z przerażeniem oderwał się od czary i chciał postąpić krok w tył, jednak potknął się o coś, co do tej pory ignorował, a co przeszyło go bólem, kiedy na to stanął.
    Gafnar upadł na ziemię i niemal od razu zaczął gorączkowo drapać się po całym ciele, nie zważając przy tym na ból, jednak szarozielona łuska pokrywająca jego ciało wcale nie chciała zejść, a przynajmniej nie bez pozostawienia po sobie paskudnych ran.
     – Przestań. – powiedział Stary, a kiedy nie doczekał się reakcji, złapał Gafnara za kark i podtopił w sadzawce.
    Przez parę pierwszych sekund elf nadal zdzierał z siebie skórę. Dopiero po chwili zaczął walczyć o powietrze, ale jego ruchy z każdą chwilą stawały się wolniejsze.
    W końcu Stary wyszarpnął go z wody i niemal rzucił nim o postument.
    Świadomość wracała do elfa powoli. Brak tlenu pogłębił jego otępienie, dlatego kiedy otworzył oczy i zobaczył biel pokrywającą ciało Starego, nadal myślał, że to tylko wilcze futro.
    Po paru chwilach zrozumiał, że się nie mylił, prócz jednego aspektu. Słowo „tylko” było zupełnie nie na miejscu.
    To nie było futro jakiegoś tam wilka. To futro należało do Starego w każdym tego słowa znaczeniu.
    Gafnar słyszał o teriantropii, ale głównie za młodu podczas nauki historii. Raz czy dwa spotkał się z raportem traktującym o stworach pasujących do opisu bestii z dawnych czasów, ale książę wkładał je między legendy.
    Problemem było to, że właśnie taka legenda wyraźnie niecierpliwiła się jego stagnacją i powarkując cicho, szczerzyła nań ostre kły.
     – Wiem, że to dla ciebie trudne. Jak mówiłem, przerabiałem to już, ale nie mam dość cierpliwości, choć sam byłem kiedyś na twoim miejscu. – powiedział twardo wilkołak – Dlatego dobrze ci radze, najpierw mnie posłuchaj, a dopiero potem użalaj się nad sobą, bo powtarzać nie będę!
    Elf wsparł się o postument i powstrzymawszy kolejną falę kaszlu, z wysiłkiem skinął głową.
     – Jeden z naszych znalazł cię na polanie obok truchła bazyliszka – zaczął Stary – Nie wiem, czy wierzyć w to, że sam go zabiłeś, ale to nieistotne. Miałeś twarz całą rozoraną pazurami gada. Niemal przeciętą na pół i oczywiście całą w jadzie. Poza tym twoja ręka była dosłownie zamrożona i bliska odmrożeniu, a pod warstwą lodu skóra była w zasadzie workiem na pogruchotaną tkankę. Mimo to przywleczono cię do naszej Pani. Ona cię uleczyła. Tak wygląda, ta ładna część historii.
     – Aaa taa drruugaa? – spytał Gafnar, nie doczekawszy się kontynuowania wątku.
     – Straciłeś wszystko. – powiedział sucho Stary – Swoje ciało, dawne życie i… Własną wolę. Teraz jesteś tu więźniem jak każdy z nas. Ale nie martw się. Nawet gdybyś stąd uciekł, nie znalazłbyś spokoju nigdzie na tym świecie. Tu masz chociaż namiastkę… domu.

     

    ***

     
    Minęło kilka sekund nim Gafnar w ogóle zrozumiał co właśnie usłyszał.
    On, przyszły król elfów, miał zostać niewolnikiem.
    Gafnar oderwał się od postumentu, nieporadnie przeskoczył sadzawkę i upadł po jej drugiej stronie, ale nie zatrzymał się. Wstał i biegł dalej. Nie wiedział, czy wbiegł do tunelu z którego przyszedł, bo wszystko w tej cholernej grocie było symetryczne.
    Elf gnał przez korytarze jakby goniło go sto demonów. To znaczy starał się tak biec, ale efekty jego starań były żałosne. Tak żałosne, że gdyby ktoś go ścigał, to nie mógłby go nie dogonić.
    Obijający mu się o nogi ogon, wcale nie pomagał. Bo przecież to, o co się przed chwilą potknął, musiało być ogonem. W końcu go czuł.
    Niemniej książę parł naprzód, pocieszając się myślą, że był rekordowo długo przytomny. Nie wiedział, ile czasu minęło, odkąd uciekł Staremu, ale w końcu tunel się skończył.
    Gafnar wypadł na niewielką leśną polanę. Była noc. Nie widział, gdzie jest, ale na pewno było to na wschód od stolicy elfów, dlatego kiedy tylko znalazł na niebie odpowiednie gwiazdy skierował się na zachód.
    Szedł długo. Tak długo, jak tylko pozwalały mu na to resztki sił. W końcu jednak musiał odpocząć, więc położył się na ziemi pod drzewem i spróbował zasnąć, ale zaniepokoił go jasny punkcik, migoczący w oddali między drzewami.
    Jednak go ścigali?
    Gafnar zerwał się na równe nogi. Chciał po prostu kontynuować podróż, ale tajemnicze światło migotało właśnie od zachodu, więc książę musiał zboczyć na północ.
    Mijały kolejne godziny marszu, a migotliwe światło pozostawało w tym samym miejscu względem Gafnara. Tak jakby ktoś celowo zagradzał mu drogę prosto na zachód, ale nie chciał się do niego zbliżyć.
    Nagle książę zobaczył coś, co początkowo uznał za majaki. Kolejne światełko zapłonęło na wprost niego.
    Gafnar zaklął. Otaczali go. Musiał szybko wydostać się z kręgu, zanim ogników będzie zbyt wiele, by je wyminąć.
    Kierunek przestał mieć znaczenie. Droga na zachód mogła poczekać. Książę próbował iść na południe, wschód, północ, południowy-wschód. Wszędzie, gdzie tylko się obrócił, w końcu pojawiał się ognik, a im było ich więcej, tym bliżej zdawały się majaczyć.
    Gafnar zmieniał kierunek już bez planowania, biegł tam gdzie tylko nie było świateł, ale światła zaczynały być wszędzie. Wszędzie i coraz bliżej.

     

    ***

     
    Książę łapczywie zaczerpnął tchu. Znowu leżał w jaskini przy ognisku nieopodal beczki.
     – Czyżby to był sen? – pomyślał i z wahaniem spojrzał na swoje dłonie.
    Wciąż pokrywała je łuska, więc klątwa była realna.
    Gafnar spróbował wstać, ale powstrzymał go ból całego ciała.
     – Już się obudziłeś? – rozległ się głos – Jesteś wyjątkowo odporny. Pani będzie zadowolona.
    Książę obrócił się, by dostrzec rozmówcę. Na jego widok zadygotał. Tuż za nim siedział Stary.
     – Nie martw się – powiedział siwy wilkołak – Każdemu wolno spróbować uciec. Raz. Co prawda ty żeś to zrobił wybitnie głupio, bo nie dość, że wciąż jesteś słaby jak gówno, to jeszcze nie nauczyłeś się normalnie mówić ani wyglądać choć trochę mniej jak zwierzę.
     – Tscoo?
     – No właśnie… Syczysz, a nie mówisz. To normalne u savrantropów, czy tam jaszczurołaków, jeśli wolisz. Wasze języki robią się węższe i cieńsze. Musisz się nauczyć mówić od nowa. Łatwiej ci będzie, gdy nauczysz się przybierać mniej zwierzęcą formę.
     – Tsscoo? – zapytał znowu Gafnar.
     – Przestań wreszcie mi przerywać, to może coś zrozumiesz! – warknął Stary – Jestem najstarszym z teriantropów, więc moim obowiązkiem jest pouczać nowych, ale zamknij się, albo pożałujesz, że w ogóle żyjesz.
     – Już żałuję – pomyślał Gafnar, ale nic nie powiedział, więc zadowolony Stary kontynuował.
     – Masz teraz trzy dni ulgi, w tym czasie musisz nauczyć się zmieniać, potem zostaniesz przydzielony do pracy. A póki co siedź tu. Ktoś przyniesie ci jedzenie. Po tygodniu pracy nasza Pani będzie się chciała z tobą widzieć. Do tego czasu masz się nauczyć mówić. A i nawet nie próbuj uciekać. Jeden raz już wykorzystałeś, jeśli spróbujesz ponownie, bycie ogłuszonym będzie twoim najmniejszym problemem.
    Stary spojrzał na księcia i odczekał chwilę. Ten jednak nic nie powiedział.
     – Dobrze… Uczysz się… – mruknął Stary, zadowolony z ciszy – Już skończyłem możesz pytać.
     – Jjj… Jaakk sssiie – zaczął Gafnar, walcząc o władzę nad językiem.
     – Jak się zmienić? – zgadł Stary – Trudno to powiedzieć. To coś pomiędzy znalezieniem w sobie ukrytego dotąd mięśnia, a wielkim pragnieniem i wizualizacją nowego kształtu. Masz trzy dni na wymyślenie, jak się za to zabrać. Odradzam zmarnowanie ich. A i musisz się pożegnać z magią. Teriantropii są równie niezdolni do magii co orkowie. Moc nie wróci nawet, jeśli nauczysz się mówić.
    Gafnar przytaknął.

     

    ***

     
    Gdyby ktoś spytał go, co w tym wszystkim było dla niego najbardziej niewiarygodne, Gafnar z pewnością wskazałby na posiadanie ogona. Wszystko przez to, że był on najjaskrawszym dowodem otrzymania klątwy. Poza tym poruszanie ogonem okazało się jedną z dziwniejszych rzeczy, jakie do tej pory przeżył. O ile mu było wiadomo, dokładnie tak czuli się chorzy walczący z paraliżem jakiejś części ciała – niby wiedział, że ogon jest jego, niby go czuł, niby myślał o tym, że chce nim poruszyć, tylko ogon nie bardzo chciał słuchać.
    Jaskinia, w której teraz znalazł się Gafnar, była z całą pewnością częścią tuneli, w których był wcześniej. Wskazywał na to szmer wody i gardłowe głosy innych teriantropów, które czasem udawało mu się usłyszeć.
    Mimo to, a także mimo oczywistego podobieństwa pustych tuneli, Gafnarowi wydawało się, że to nie to samo miejsce, w którym obudził się za pierwszym razem.
    Przez te trzy dni poznał dokładnie każdą skałę, która składała się na ściany tunelu, i każdy korzeń, który się przez nie przedarł.
    Książę chciał jak najlepiej wykorzystać te trzy dni, chcąc nie chcąc spełniając zalecenia Starego. No może za wyjątkiem tego, że w przerwach między snem, jedzeniem i myśleniem nad nową formą, próbował korzystać z magii. Bezskutecznie. I to niezależnie od tego, jak bardzo starał się mówić wyraźnie.
    Drugiego dnia po przebudzeniu czuł się niemal w pełni sił. Ból w zasadzie przestał mu dokuczać, co znaczyło, że legendy o regeneracji teriantropów nie były wydumane.
    Tak samo drugiego dnia wieczorem udało mu się przybrać tą mniej zwierzęcą postać. Książę nie mógł tego zrozumieć. Sukces osiągnął dopiero wtedy, kiedy przestał skupiać się na osiągnięciu go, a zamiast tego wyobraził sobie, jak mógłby wyglądać gdyby mu się powiodło. Wtedy miał wrażenie, że wystarczy wola poruszenia tej jednej, nigdy nie używanej struny, by się przemienić. I tak właśnie się stało.
    Sama przemiana była dość bolesna. Postępowała skokowo. Najpierw dotknęła prawą łopatkę, potem lewą nogę, prawe ramie… Ostatecznie Gafnar czuł jakby znaczna część jego mięśni znikła. Tak samo było z kośćmi. Wrażenie było takie, jakby elf nagle stał się małą, sflaczałą wersją siebie.
    Najdziwniejsze było jednak zniknięcie ogona. Książę miał wrażenie, że to czym jeszcze przed chwilą nauczył się jako tako poruszać, zostało wciągnięte w głąb jego kręgosłupa.
    A jednak niezależnie od tego jak bardzo wydawało mu się to niewiarygodne, wstanąwszy z klęczek, na które osunął go ból, z zaskoczeniem odkrył, że ogon faktycznie zniknął.
    Nowa forma z całą pewnością zawiodła jego oczekiwania. Gafnar założył, że skoro w tej postaci jedyną wyraźnie nienaturalną cechą Starego było owłosienie, to w jego przypadku, kiedy wcześniej nie miał futra, wygląd będzie zupełnie normalny. Mylił się.
    Łuska co prawda przybrała kolor o wiele bardziej podobny do zwykłej skóry, ale mimo to nie dało się nie zauważyć jej skupisk w miejscach, gdzie u ludzi znajdowały się włosy na ciele.
    Jedyną otuchą było to, że przemiana, ani teraz ani wcześniej nie pozbawiła go rudych włosów, które były symbolem jego rodu.
    Niemniej w obecnej sytuacji, wmawianie sobie włosów za pocieszenie, wcale nie podniosło księcia na duchu. Był zły. Na siebie, na swoją bezsilność, na Starego, na tajemniczą „Panią”, która go ocaliła. Na wszystko.
    Z takimi myślami w głowie zasnął.

     

    ***

     
    Trzeciego dnia rankiem, kiedy jakiś kotołak przyniósł mu jedzenie. Gafnar już nie spał. Chciał poświęcić ten dzień na ćwiczenie języka.
    Po przemianie, jego język zbliżył się do normalnych rozmiarów, ale wciąż nie pozwalał na normalną mowę. Niektóre słowa wychodziły mu gorzej, a inne lepiej, ale przed przybyciem kotołaka nie zdążył znaleźć frazy, którą mógłby go powitać, więc pozdrowił go tylko skinieniem głowy.
    Kotołak odwzajemnił ukłon, ale również nie powiedział ani słowa i, zostawiwszy przy ognisku naręcze suchych gałęzi oraz nieoskubanego bażanta, zostawił księcia samego.
    Tego dnia Gafnar ćwiczył mowę i nic poza tym. Nie starał się nawet korzystać z zaklęć. Miał kilka pytań do Starego i chciał, by tamten mógł go zrozumieć.

     

    ***

     
    Obudziło go kopnięcie w bok.
    Gafnar był już w pełni sprawny, więc wyuczone przez lata reakcje wzięły górę nad jego nie przytomną świadomością. Książę odturlał się od kopiącego i wstał sprężyście z ziemi, przeskakując tym samym ognisko i odgradzając się nim od napastnika.
     – Bardzo ładnie, ale to nie będzie konieczne – mruknął Stary, po czym spojrzał krytycznie na Gafnara – Widzę, że nie zmarnowałeś czasu. Chodź zaprowadzę cię do twojego przydziału. Będziesz pracował przy drewnie.
     – Posszzekaj. Mam kiilkaa… – zaczął książę.
     – Pytań? – zgadł Stary – Jak każdy… Pozostaną bez odpowiedzi. Ne jestem twoją niańką, to że wreszcie można cię zrozumieć nie sprawia, że chcę z tobą mówić. Chodź. Może ktoś z twojej grupy będzie miał ochotę na marnowanie z tobą czasu.
    Gafnar warknął. Nie tak jak człowiek, elf czy choćby i ork. Z jego ust wyrwało się coś, co jak dotąd słyszał tylko u dzikich zwierząt. W dodatku książę wcale nie chciał warknąć. Przez lata spędzone w pałacu w Zirnallu, Gafnar uczył się panować nad swoimi emocjami i ukrywać gniew. Teraz ta reakcja była nie do stłumienia.
     – Nad tym też musisz popracować – powiedział spokojnie Stary – Wiem, że wychodzi samo, ale odradzam warczenie przy naszej Pani.

     

    ***

     
    Gafnar nie sądził, żeby Stary celowo szedł wolno, ale teraz kiedy był już zdrowy, miał wrażenie, że jego przewodnik ledwo idzie.
    Książę nigdy nie grzeszył cierpliwością, a teraz zachowanie milczenia sprawiało mu jeszcze większą trudność. Szczęśliwie tunel prowadzący na zewnątrz był dość krótki, a miejsce do którego zmierzali znajdowało się niedaleko wyjścia.
    Teraz, w dzień, kiedy nikt go nie ścigał, Gafnar mógł przyjrzeć się terenom wokół choćby i na potrzeby przyszłych prób ucieczki. Nie dostrzegł jednak nic niezwykłego.
    Bór wyglądał tak jak każdy inny las zimą i nic nie wskazywało na to, że w pobliżu żyje duża grupa teriantropów. Nic nie pomagało też w zorientowaniu się, w której części Nasmirskiej Puszczy się znajduje, więc Gafnar musiał na razie po prostu założyć, że jest niedaleko polany, na której walczył z bazyliszkiem.
    O tym, że dotarli na miejsce Gafnar przekonał się głównie dlatego, że Stary się zatrzymał. Owszem stało tam dwóch teriantropów, bodajże kotołak i wilkołak, obaj w tej bardziej zwierzęcej formie, ale nic nie wskazywało na to, że to miejsce wyrębu.
     – Zostań tu i pracuj. W południe dostaniesz jedzenie, a na noc wrócisz do ogniska – powiedział Stary i bez słowa zawrócił.
    Gafnar chciał go wypytać, ale był już tak zły, że wolał milczeć i spróbować szczęścia z tymi, z którymi został.
     – Co tak stoisz?! Pracuj! – warknął kotołak, ledwo kilka sekund po tym, jak Stary odszedł.
     – Alee… Ccym? Jak? – spytał Gafnar.
     – Własnymi pazurami… – mruknął wilkołak i wskazał na najbliższą mu sosnę – Pani chce, żeby to drzewo było dziś ścięte, więc zmień się i przestań się ociągać.
     – Mam je śścciiiąćć ssam? – spytał książę.
     – My cię mamy tylko pilnować. To nagroda. Ale odpowiadamy za twoją pracę. Więc przestań już syczeć. I bierz się do roboty. – odparł kotołak.
    Gafnar nie miał innego wyboru jak tylko usłuchać. Jeśli chciał, by jego nadzorcy mu pomogli, to rozgniewanie ich, nie było właściwą drogą do celu.
    Tym razem przemiana była łatwa, choć zdecydowanie mniej przyjemna niż, kiedy zmieniał się w mniej zwierzęcego siebie. Teraz ból był większy, a poczucie bycia małą, sflaczałą wersją siebie, okazało się być o wiele przyjemniejsze od wrażenia, że skóra na twoim ciele zaraz pęknie pod naporem piętrzących się pod nią mięśni. Podobnie uczucie, że kręgosłup wypluwa mu ogon.
    Oczywiście skóra nie pękła, a po paru chwilach, w trakcie których Gafnar był bliski przewrócenia się, ból ustał. Nawet ten w dole pleców.
    Chcąc przypodobać się swoim nadzorcom, książę od razu wziął się do pracy, odłożywszy próby podjęcia rozmowy na później.
    Drzewo, a zwłaszcza jego kora, ochoczo ustępowało przed jego pazurami, ale nie zmieniało to faktu, że ścięcie grubej sosny tą metodą zapowiadało się być co najmniej żmudną pracą.

     

    ***

     
    Kiedy z oddali słychać było już kroki posłańca niosącego jedzenie, Gafnar nie zdążył się jeszcze przeorać choćby do połowy pnia. Ku niezadowoleniu jego nadzorców.
    Nie udało mu się też zagaić rozmowy. Każde działanie mające na celu choćby częściowe oderwanie się od pracy, było natychmiast tłamszone, więc książę szybko zarzucił próby. Tym bardziej, że w tej formie było mu trudniej mówić.
    Kiedy niosący sarnę teriantrop był już w zasięgu wzroku, Gafnar przestał ryć w drzewie, odwrócił się i spojrzał pytająco na siedzących nieopodal nadzorców.
    Wilkołak skinął głową, więc książę odstąpił od drzewa i już miał przybrać mniej zwierzęcą formę, ale nadzorca go uprzedził.
     – Nie zmieniaj się. Zaraz wrócisz do pracy.
    To nieco krzyżowało plany Gafnara. Dotąd myślał, że zmieni się na czas posiłku i będzie mógł w miarę swobodnie pomówić z nadzorcami, ale w tej formie…
    Posłaniec pozdrowił wszystkich skinieniem głowy i bez słowa zostawił ich samych z przyniesioną sarną. Dopiero wtedy do Gafnara dotarło, że teriantropi zamierzają jeść mięso na surowo.
     – Cccyy mooggee… – zaczął książę, patrząc błagalnie w stronę jaskini i ogniska.
     – Nie. – mruknął kotołak – Jedz i wracaj do pracy.
    Teriantropi nie bawili się nawet w oskórowanie sarny, obaj oderwali sobie po jednej nodze i zaczęli łakomie pochłaniać mięso. Jedynym pocieszeniem dla księcia było to, że nie przerywali mu, kiedy on sam próbował pozbyć się skóry.
    Oskórowanie sarny było teraz jednocześnie łatwiejsze, jak i trudniejsze. Oddzielenie skóry od mięsa przy użyciu pazurów było dziecinnie proste, ale wielkie niezgrabne dłonie tylko przeszkadzały. Choć nie tak bardzo, jak przez parę ostatnich dni, kiedy książę próbował nimi oskubać bażanta.
    Prawdziwe wyzwanie dopiero go jednak czekało. Zjedzenie surowego mięsa było dla księcia niemal tak uwłaczające, jak fakt bycia nagim przy obcych. Niemniej musiał się przełamać. Po pierwsze dlatego, że już jakiś czas doskwierał mu głód, a po drugie dlatego, że nie chciał okazać słabości przed nadzorcami.
    Przełknąwszy pierwszy kęs mięsa, Gafnar podjął kolejną próbę zagajenia rozmowy.
     – Maaam na iimiiee Gggff… Ghaaarr – zaczął, ale własne imię uwięzło mu w gardle – Ghhaff…
    Słysząc jego starania, teriantropi zaśmiali się głośno.
     – Nawet nie umiesz tego wymówić – zakpił wilkołak.
     – Możesz przestać próbować z nami rozmawiać. Mówimy tylko, kiedy trzeba. Ty też powinieneś zacząć. – powiedział kotołak.
     – Ale imię mu się przyda. To musiałoby być coś syczącego… – stwierdził wilkołak i zamyślił się na chwilę – Od dziś jesteś Azsaar.

     

    ***

     
    Ze wszystkich krzywd jakie spotkały go przez ostatni dni, zmiana imienia wydała mu się najdotkliwsza, a to dlatego, że dopiero wtedy książę zrozumiał, że jego obecna sytuacja może być czymś więcej niż chwilową niedogodnością.
    Tego dnia Gafnar nie próbował się już odzywać do swoich nadzorców.
    Wieczorem Stary przyszedł zaprowadzić go z powrotem do ogniska. W ciszy.
    Do tego czasu drzewo dawno już się przewróciło, straciło już znaczną część gałęzi i teraz czekało na następny dzień i kolejne prace.
    Po drodze do jaskini Gafnar wziął ze sobą kilka suchych patyków na wypadek, gdyby nikt nie upilnował jego ogniska, ale niepotrzebnie się tym kłopotał, ktoś zadbał nawet o uzupełnienie skromnego zapasu drewna.
    Tej nocy Gafnar nie robił nic. Nie uczył się mówić. Ani nie pracował nad wymową zaklęć. Po prostu zmienił się z powrotem w bardziej elfią formę siebie, siadł pod ścianą i trwał tak wpatrzony w ogień, aż sen odebrał mu zmysły.

     

    ***

     
    Następnego dnia wstyd mu było zmarnowanego czasu. Ostatnią szansą na pokojowy powrót do domu była rozmowa z „Panią”, a sądząc po tym jakim szacunkiem darzyli ją teriantropi, książę powinien dobrze przygotować się do tej jednej konwersacji.
    Tego dnia jak i każdego kolejnego ćwiczył język nie tylko w nocy ale także mamrocząc do siebie w trakcie pracy.
    Tymczasem przez kolejne dni padły i zostały oporządzone jeszcze trzy drzewa. Gafnar nie wiedział, co się z nimi dzieje. Kiedy tylko z nimi kończył, nadzorcy przenosili go w zupełnie inne miejsce, do zupełnie innego drzewa i ostatecznie książę nie wiedział nawet, czy ktoś to drewno zbiera.
    Czwartego dnia Stary zaprowadził go do nowych nadzorców – dwóch wilkołaków – jednak byli oni równie rozmowni, co ich poprzednicy.
    Okazało się też, że imię które mu nadano zaledwie parę dni wcześniej rozeszło się już wśród teriantropów, bo i ci nowi nadzorcy zwracali się nim do księcia.
    W końcu nastał dzień siódmy i wieczorem Stary nie zabrał Gafnara z powrotem do jego ognika. Siwy wilkołak prowadził go do Pani.

     

    ***

     
    Gafnar nie mógł być pewny, ale jeśli system tuneli, w którym ostatnimi czasy mieszkał, faktycznie był symetryczny, to wszystko wskazywało na to, że miejsce, do którego prowadził go Stary, znajdowało się dokładnie nad tą grotą z wodospadami.
    Siwy wilkołak prowadził go najpierw w stronę jaskini. Tam zatrzymał się i polecił Gafnarowi przyjąć tę mniej zwierzęcą formę, po czym ruszył dalej przez las dokładnie w tym samym kierunku – tak jak ciągnął się tunel pod nimi.
    Od tamtej chwili las robił się coraz dziwniejszy. Drzewa były nienaturalnie powykręcane, a śnieg coraz płytszy.
    W końcu książę dostrzegł jego kraniec. Ćwierć mili przed nim stała chatka, którą otaczał las w iście letnich barwach. Na tym obszarze w ogóle nie było śniegu. Ani patyków czy igieł. Ziemie pokrywały wyłącznie grzyby i mech.
    Sama chatka również nie wyglądała na normalną. Ktoś sklecił ją w bardzo chaotyczny sposób, jakby na przekór symetrii, która ją otaczała.
    Gdyby oceniać chatkę na miarę ludzkiego budownictwa, to można by powiedzieć, że wyglądała tak, jakby składała się z samych nieregularnych przybudówek.
    Jej dach zrobiono z ciemnych, źle powbijanych desek, a było to na tyle dawno, że na znacznej części drewna zdążyły porosnąć leśnym poszyciem.
    W podobny sposób czas zatroszczył się o nieregularne ściany chatki. Z tą jedną różnicą, że w jasnych drewnie z którego były zrobione brak było dziur.
    Nieliczne okna były małe i okrągłe, za to zrobione z drogocennego szkła. Tymczasem drzwi do chatki były całkiem spore zwłaszcza w porównaniu do samego budynku.
    Przed nimi znajdowało się parę małych – zupełnie niepotrzebnych – kamiennych schodków, na końcu których stały dwa postumenty, jeden niższy drugi wyższy, choć żaden nie sięgał Gafnarowi choćby do piersi. Na nich siedzieli dwaj teriantropi, niedźwiedziołak i kotołak, obaj żywi choć idealnie nieruchomi. Jak kamienne gargulce.
    Dopiero tu książę zauważył, że, mimo swojej nagości, przez ostatnie dni w ogóle nie czuł zimna i z marszu dodał to do listy pytań, którymi chciał zasypać Panią.
     – Zaszzekaj. Tu miesska Pani? – spytał Gafnar.
    Stary burknął coś niezrozumiale i nawet się nie zatrzymał, więc Gafnar nie miał większego wyboru, jak tylko iść za nim.
    Siwy wilkołak zatrzymał się dopiero parę kroków przed postumentami. Na tyle blisko, by widzieć wyraźnie jak na widok gości zwęziły się źrenice strażników, ale na tyle daleko, że potrzebny byłby więcej niż jeden skok, by ci drudzy ich dopadli.
    Gafnar nie wiedząc co powinien zrobić stanął u Starego i pochylił głowę, kiedy tamten to uczynił.
    Niemal natychmiast po lesie poniosło się skrzypienie drzwi.

     

    ***

     
    Pani nie wyglądała tak, jak Gafnar mógłby się spodziewać po wyglądzie jej służących czy miejsca, w którym mieszkała. Nie wyglądała jak wiedźma z bajek. Nie wyglądała też tak jak można by sądzić po nabożnym szacunku, którym darzyli ją podwładni. Nie wyglądała jak księżniczka z bajek.
    Chociaż nie była to do końca prawda. Bo, owszem, Pani wyglądała jak księżniczka z bajek. Wyglądała też jak wiedźma z bajek.
    Problem stanowił fakt, że te dwa aspekty wyglądu jej przenikały się ze sobą i nie dało się odróżnić jednego od drugiego. Nie sposób było nawet określić koloru jej włosów.
    To mogła być nieudolna próba rzucenia iluzji, albo i celowe, bardzo skomplikowane działanie. Tak czy siak przez te dwie natury, walczące o uwagę w jego oczach, książę nie potrafił skupić wzroku na Pani.
     – Więc o ty jesteś tym nowym savrantropem… – powiedziała Pani, przechadzając się wokół Starego i Gafnara, wciąż stojących z pochylonymi głowami. Jej głos był równie dziwny, co wygląd. Brzmiał jakby słowa wypowiadał jednocześnie podlotek i stara, niemal umierająca kobieta.
     – Nawet nie wiesz, jak się ucieszyłam, kiedy Stary doniósł mi, że obudziłeś się po przyjęciu klątwy. Masz na imię Azsaar, tak? – spytała.
     – Nie, Pani, ale wcciąsz nie umiem prawidłowo wymówićć swojego prawcciwego imienia, a tak nazzwali mnie twoi ssłucy – odparł Gafnar.
     – Uwierz mi i tak poczyniłeś znaczne postępy. Ostatni savrantrop, którego miałam spędził, wśród nas kilka tygodni i nawet pod koniec nie umiał mówić tak dobrze jak ty. Widać, że nie marnowałeś czasu – powiedziała Pani – Chodź za mną.
    Nie miał wyboru. Ruszył za nią czując na plecach wzrok Starego i widząc, wodzące za nim powoli, oczy „gargulców”.

     

    ***

     
    Dom Pani tak wewnątrz, jak i z zewnątrz prezentował się dość niecodziennie. Po wejściu do środka księciu ukazał się długi, zdeformowany korytarz z wieloma zagłębieniami. W największym z nich znajdowało się sporych rozmiarów łóżko, a w pozostałych ustawione były stoły zawalone różnymi papierami i fiolkami.
    Same ściany były niemal doszczętnie zasłonięte szafkami, wszelkich rozmiarów i kształtów, w których to znajdowały się przeróżne pełne i puste szklane naczynia, zasuszone kwiaty, czy grzyby, martwe szczury, żywe insekty i wiele innych drobiazgów, wśród których prym wiodły wszelkiej maści księgi.
    Prócz tego pod jedną ze ścian, tą naprzeciwko łóżka, znajdował się wielki drewniany obiekt. Pominąwszy rozmiar, wyglądał on jak klocek jakimi bawią się dzieci. Był grubym na około stopę, wysokim na osiem i takoż szerokim blokiem drewna. Szerszym bokiem zwrócony był do centrum pomieszczenia. Ta jedna jego ściana wydawała się być nieznacznie pochylona i z niej właśnie wystawały cztery żelazne uchwyty.
    Książę starał się nie zwracać uwagi na tą… rzecz, ale dodał ją do listy pytań, którymi zamierzał zasypać Panią. Tym bardziej, że blok wydawał się być zrobiony z jednego kawałka drewna, a tak daleko na wschodzie trudno było o drzewo o wystarczająco szerokim pniu.
    Zamknąwszy drzwi, Pani zaczęła przechadzać się między regałami i wyciągać z nich różne fiolki. Tymczasem zachęcony przez nią książę opowiadał jej o tym kim jest, co robił zanim zaatakował go bazyliszek, dlaczego musi jak najszybciej wrócić do domu i jak traktowano go przez ostatnie dni.
    Pani wydawała się go słuchać, czasem pytała o rozwinięcie jakiejś kwestii, zwłaszcza gdy mowa była o elfich radykałach i ich spisku, ale w gruncie rzeczy nic nie wskazywało na to, że przywiązuje jakąś wagę do słów księcia.
    Mimo to Gafnar opowiedział jej wszystko. Z jednej strony miał nadzieję, że Pani pozwoli mu odejść, z drugiej po tygodniach milczenia odczuwał niemal fizyczną przyjemność z możliwości porozmawiania z kimś. Tym bardziej, że Pani zdawała się nie zwracać uwagi na to, jak zniekształcał niektóre słowa.
    Pod koniec historii Pani przestała się krzątać i stojąc przy stoliku z wybranymi wcześniej fiolkami, czekała aż Gafnar skończy mówić.
    Wtedy książę przestał czuć się tak pewnie, ale mimo to dokończył historię.
     – Więcc chyba rozzumiess, Pani, że musse stąd odejśśćć – powiedział Gafnar.
     – Ależ oczywiście… – powiedziała Pani i zbliżyła się do księcia – Ale nie odejdziesz. Nikt stąd nie odchodzi.
     – Alee… – zaczął Gafnar, lecz nie było mu dane skończyć.
    Pani dmuchnęła mu w twarz jakimś pyłem i książę dostał gwałtownego, wręcz obezwładniającego napadu kaszlu.
     – Żadnych "ale"… Dawno nie miałam, savrantropa – mówiła Pani, przyciągając Gafnara w stronę drewnianego obiektu przy ścianie – Klątwa bardzo rzadko objawia się w ten sposób. A ty w dodatku jesteś księciem…
    Atak kaszlu powoli mijał, ale pozostawiał po sobie przytłaczającą bezsilność i… rodzące się w lędźwiach pożądanie. Tymczasem Pani, majstrując prawą ręką przy uchwytach, które okazały się być kajdanami, wolną dłonią gładziła zalotnie tors księcia.
    Gafnar miał wrażenie, że z każdą chwilą traci swoją wolę, a jego jedynym jasnym uczuciem w kłębowisku otępiałych myśli było podniecenie. Jeśli miał coś zrobić to musiał to zrobić teraz. I zrobił.
    – Nie! – wrzasnął, wyrywając się wiedźmie i rozpoczynając przemianę.
    Czymkolwiek był proszek, którym potraktowała go Pani, jego działanie sprawiło również, że książę prawie nie odczuł skutków ubocznych rozrostu mięśni. Nie czuł też siły, jaką włożył w cios pół zwierzęcej łapy. Poczuł natomiast, jak jego prawa ręka złamała się na niewidzialnej barierze.
    Później było już tylko bardziej nieprzyjemnie, jednak, szczęśliwie czy też nie, w pamięci Gafnara pozostało niewiele z tych wydarzeń.
    Pamiętał jak leżał na podłodze chatki. Pamiętał jak słudzy wiedźmy wyciągnęli go na zewnątrz. Pamiętał jak Stary trzymając go za szyję, pochylił się nad nim, uniósł pazurzastą łapę do ciosu i spytał o coś Panią. Pamiętał, jak wiedźma się zaśmiała. Pamiętał, jak coś mówiła. A przede wszystkim pamiętał ciemność, która przesłoniła wszystko inne.

     

    ***

     
    W ciągu ostatnich dwóch tygodni Gafnar mdlał tyle razy, że pierwszym jego uczuciem po przebudzeniu była czysta irytacja.
    Był na siebie zły. Na pewno nie chciał pozwolić tej wiedźmie na to, co chciała z nim zrobić. Ale może powinien…
    Książę miał dość swojej bezsilności. Nigdy w życiu nie był tak długo na łasce innych. A teraz…
    A teraz obudził się znów przy tym samym ognisku. Sam. Ze złamaną ręką. Bez odpowiedzi na swoje pytania, czy choćby cienia szansy na powrót do domu.
    I to chyba właśnie ten zupełny brak nadziei skłonił go do podjęcia kolejnej próby ucieczki. Próby, której później żałował.
    Pierwszego dnia Stary słusznie ostrzegał go, że niewolnicy Pani mają prawo tylko do jednego podejścia.
    Teraz Gafnar nie przebiegł choćby mili nim inni teriantropii go dopadli.
    Najpierw powalili go na ziemię, potem dali mu w twarz, żeby się nie wyrywał, a kiedy przytargali go w pobliże tuneli, zaczęło się.
    Książę leżał na środku kręgu teriantropów. Był otumaniony na tyle, że nie był w stanie stwierdzić ilu zebrało się wokół niego, ale był za to na tyle świadomy, by czuć każdy cios.
    Pierwszy podszedł do niego Stary. Siwy wilkołak uniósł Gafnara za szyję i uderzył w twarz tak mocno, że nie był w stanie utrzymać go w górze.
    Po nim podchodzili kolejni, a kiedy wszyscy z kręgu mieli już okazję dostać się do niedoszłego uciekiniera, kolejka zaczynała się na nowo… i znowu… i znowu…

     

    ***

     
    Ciemność. Jasność. Ognisko.
    Znowu.
     – Obudziłeś się… – mruknął znajomy głos.
    Książę z trudem obrócił się w stronę rozmówcy. Miał opuchnięte oczy, ale nie na tyle, by nie poznać Starego. Zresztą… kto inny mógłby to być.
     – Nie marnuj sił. Przyszedłem tylko, żeby wyjaśnić ci parę spraw zanim zdążysz kontynuować swoją passę i znów zrobisz coś głupiego – powiedział Stary – Po pierwsze po twoim wybryku w jej domu nasza Pani łaskawie postanowiła oszczędzić twoje życie i czeka na przeprosiny za ten incydent. Dopóki tego nie zrobisz, nie będzie dla ciebie mięsa. Możesz żreć korę, którą sam odłupiesz. Tyle. Po drugie nasza Pani, usłyszawszy o twojej wczorajszej ucieczce, poleciła mi zabić cię przy kolejnej próbie, więc odradzam. Po trzecie nikt już nie będzie cię pilnował, mnie też już nie zobaczysz do czasu przeprosin Pani. Od jutra masz wstawać rano i samemu iść szukać oznaczonego drzewa. Jeśli nie zdążysz go ściąć w ciągu tego samego dnia… Lepiej żebyś pracował w nocy. A jeśli spróbujesz uciec…
     – Juss mówiiłesss…
     – Tak? – udał zdziwienie Stary – To spierdalaj.
    Siwy wilkołak wstał, a na odchodne kopnął Gafnara w złamaną rękę.
    Książę został sam. Miał w głowie tylko jedno pytanie, jedną myśl, która go przerażała. Czy właśnie padło ostatnie słowo, jakie miał w życiu usłyszeć?

     

    ***

     
    Gdyby Stary nie kopnął wtedy Gafnara, może następnego dnia rankiem, jego prawa ręka mogłaby nadawać się już do jakiegoś użytku. Niemniej tak się nie stało.
    Tego ranka książę zbudził się jeszcze przed świtem. Nie mógł z powrotem zasnąć, więc uznał, że najlepiej zrobi jeśli po prostu zacznie już swoją pracę. Znalezienie wyznaczonego drzewa było irytujące, zwłaszcza że stary nie powiedział mu jak będzie ono oznaczone, niemniej nie zajęło wiele czasu.
    W korze na nim wyryta była wielka runa oznaczająca pracę, więc nie mogło być mowy o pomyłce.
    Oranie drzew własnymi pazurami już wcześniej nie było łatwe. Teraz, poobijany i z tylko lewą ręką zdatną do użytku, Gafnar czynił postępy jeszcze wolniej.
    Koło południa zdał sobie sprawę z własnego głodu. Do tej pory nie zbliżył się nawet do połowy pnia, ale musiał zarządzić przerwę.
    O ile jedzenie surowego mięsa było dla niego do tej pory obrzydliwe, tak teraz, kiedy miał do wyboru jedynie korę, kuszące wydawały mu się choćby insekty. Niestety o tej porze roku nawet ich było niewiele.
    Inne zwierzęta jakby złośliwie omijały te część lasu, a Gafnar nie miał wątpliwości, że zapolowanie na któreś z nich zostałoby wzięte za próbę ucieczki i stosownie ukrócone.
    Oczywiście nie udało mu się obalić drzewa przed zmrokiem, ani nawet przed północą. Kiedy wreszcie drzewo padło, a Gafnar dowlókł się do swojego ogniska, był tak zmęczony, że przed zaśnięciem nawet nie zdjął z siebie tej bardziej zwierzęcej powłoki.
    Kolejne dni nie bardzo różniły się od siebie. Z każdym dniem książę był zdrowszy. Z każdym dniem dostawał grubsze drzewo do obalenia. Z każdym dniem dostrzegał coraz więcej oznak tego, że jest obserwowany. Z każdym dniem był coraz bardziej głodny. I z każdym dniem robił się coraz bardziej zmęczony.
    Gafnar popadł w całkowitą apatię. Zupełnie przestał sie przemieniać. Przestał ćwiczyć wyraźną mowę. Nadzieja opuściła go zupełnie. Robił co miał robić, jak na niewolnika przystało. Przestał nawet ćwiczyć zaklęcia. To znaczy przestał próbować czerpać energię z drzew i korzystać z magii natury. Rzecz w tym, że pod koniec ostatnich prób, jedno z zaklęć, najprostsze słowo do kontroli lodu, stało się dla niego przekleństwem, które powtarzał ilekroć wpadał w złość. A wpadał w nią często.

     

    ***

     
    Gafnar nie wiedział ile dni minęło, po prostu pewnej nocy, wróciwszy do swojej jaskini, zastał Starego siedzącego przy ognisku.
    Książę zaklął. Zaklęciem, jak to już miał w zwyczaju.
    Do tego dnia po złamanej ręce i obrażeniach otrzymanych przy drugiej próbie ucieczki nie pozostał żaden ślad, a rany na dłoniach, otrzymane przy rąbaniu drewna pojawiły się i zniknęły niezliczoną ilość razy.
    Na widok księcia Stary wzdrygnął się. Brak snu i głód odbiły się na wyglądzie Gafnara. Był dosłownie wynędzniały. Schudł tak bardzo, że zaczął przypominać ghula.
     – Tssoo tuu roobiissss?! – spytał książę, a przez zarzucenie ćwiczeń mowy jego głos brzmiał jeszcze bardziej zwierzęco.
     – Jesteś nad wyraz uparty – stwierdził Stary – Współczuję. Sam kiedyś byłem na twoim miejscu.
    Odpowiedziało mu tylko warknięcie, więc kontynuował.
     – Przyszedłem, bo Pani jest znudzona oczekiwaniem na twoje przeprosiny i chce ci coś pokazać – oznajmił.
    Gafnar znów mu nie odpowiedział, postąpił jednak krok w stronę ściany jaskini i szczerząc kły, ruchem dłoni zaprosił wilkołaka do wymarszu.

     

    ***

     
    Był środek bezksiężycowej nocy. W ciemnościach, jakie ogarnęły las, ani ludzkie, ani elfie oko nie zobaczyłoby nic, nie wspominając już o pośledniejszych gałkach. Niemniej Gafnar widział doskonale. Widział wiedźmę, otoczoną przez tłum teriantropów i… bardzo młodego, zakrwawionego elfa, klęczącego tuż przed nią.
    Książę warknął. Odepchnął sobie z drogi Starego i pobiegł w stronę kręgu.
     – Tssoo too maa sssnaacccyććć?! – wrzasnął jeszcze w biegu.
     – Jesteś wreszcie – powiedziała Pani, wyciągając spod opończy zdobiony złotem bicz – Więc możemy zacząć.
    Bicz przeciął powietrze. Elf padł na ziemię z krzykiem. Gafnar warknął, wyminął krąg gapiów i już miał dostać Panią w swoje ręce, kiedy złapali go inni teriantropi.
     – Przyszedłeś tu patrzeć! – powiedziała Pani, a jej słudzy ustawili księcia tak, że faktycznie nie miał większego wyboru – Ten elf zginie, przez twoją butę.
    Gafnar spojrzał na, zwijającego się z bólu, chłopaka. Kiedyś miał zostać jego królem. Ale czy ten elf zasługiwał na pana, który nie mógł poświęcić się dla swojego ludu?
    Bicz znów przeciął powietrze.
     – Psszzeestańń! Wygraałaaśśś! – wrzasnął książę, szarpiąc się w uścisku.
     – Co mówiłeś, kochaniutki? – powiedziała Pani i znów chlasnęła elfa biczem.
     – Wyybaacc, paanii! Ssroobiee tssoo ssechhccesss! – krzyczał Gafnar, zmieniając się w mniej zwierzęcą formę siebie. Teraz, po tak długim czasie spędzonym w jednej postaci, było to bardzo bolesne.
    Wiedźma zawahała się z biczem uniesionym w górze. W końcu opuściła broń i schowała ją z powrotem pod opończę.
     – Podnieście go. – rzuciła.
    Natychmiast z kręgu wybiegło dwóch teriantropów, którzy postawili na nogi skatowanego elfa.
    W końcu Gafnar mógł się mu przyjrzeć. Nie znał go. Chłopak miał przydługie jasne włosy, brązowe oczy i krótką, nietypową u elfa, brodę.
    Pani podeszła do niego, złapała go za podbródek i skierowała jego twarz na Gafnara.
     – Spójrz jak twój książę się o ciebie troszczy… – wyszeptała.
    Elf zamrugał kilkukrotnie.
     – Panie?… – spytał słabo.
    To były jego ostatnie słowa. Nie wiadomo kiedy wyjęty nóż wbił się w jego brzuch kilkanaście razy, tylko po to, by zaraz przeciąć jego gardło.
     – Niiee!! – wrzasnął książę i szarpnął się bezskutecznie.
    Tymczasem wiedźma powoli zlizała krew z ostrza, zupełnie nie zwracając uwagi na, zwisające bezwładnie, ciało.
     – Jeeśśślii myśśślisss, szze terraazz cośśś dlaa cciieebiiee ssrroobiee… – zaczął Gafnar.
     – Owszem, tak właśnie myślę. – przerwała mu Pani – Bo w przeciwnym wypadku, tak właśnie skończy każdy kolejny elf, który do nas trafi.
    Gafnar warknął, ale wiedźma zupełnie to zignorowała.
     – Puśćcie go… – powiedziała.
    Czując słabnący uścisk, książę wyszarpnął się teriantropom, ale nie postąpił ani kroku dalej.
     – Więc jak? – spytała Pani – Pójdziemy?

     

    ***

     
    Chatka Pani nie zmieniła się ani trochę. To znaczy nadal panował w niej chaos, bo co do rozmieszczenia poszczególnych przedmiotów, Gafnar miał wątpliwości.
    Wiedźma od razu postawiła go przed drewnianym obiektem i zaczęła majstrować przy kajdanach.
     – Wiesz… Pewnie myślałeś, że ostatnim razem miałeś pecha… Że ledwo zdążyłam rzucić zaklęcie… Że to był przypadek… – powiedziała Pani – Ale to nie był przypadek. Ten czar chroni mnie zawsze. Bez mojej zgody nic nie dotknie mojej skóry, choćbyś i rzucił we mnie głazem. Więc jeśli planowałeś ze mną skończyć, kiedy stracę czujność…
    Gafnar warknął.
     – Oj nie warcz już, nie warcz. Lepiej oszczędzaj siły. Ostatnim razem dostałeś trochę znieczulenia, ale teraz nie będę już taka łaskawa. – zakpiła wiedźma, wkładając na miejsce bolec blokujący ostatnią klamrę – A teraz wybacz, ale muszę znaleźć coś, co pobudzi twoją męskość.
    Pani zachichotała i podeszła do jednego ze stołów, by przyjrzeć się stojącym na nim fiolkom.
    Książę był zły. Bardzo zły. Całym sobą chciał, żeby wiedźma umarła. Jeszcze nigdy, przez całe swoje długie życie nikogo tak nie nienawidził.
    Gafnar szarpnął się w kajdanach. Nie wiedział, co miałby zrobić gdyby metal ustąpił, ale mimo to spróbował. Metal nie ustąpił.
    Pani zaśmiała się.
     – Poczekaj jeszcze chwilkę – powiedziała, przyglądając się zawartości sporego słoika, po czym stanęła na palcach, żeby odłożyć go na półkę pod sufitem.
    Książę zaklął. Zaklęciem, jak to już miał w zwyczaju.

     

    ***

     
    Podmuch mrozu przyszpilił wiedźmę do ściany. Lód oblał jej całą szyję i dolną część twarzy. W jej oczach malowało się przerażenie.
    Gafnar nie wiedział, dlaczego tym razem zaklęcie zadziałało. Może pomogła mu w tym nagromadzona nienawiść, może w gniewie wymówił słowo inaczej, a może po prostu miał szczęście. To nie miało teraz znaczenia.
    Jeśli książę miał wykorzystać tą szansę, trzeba było działać. Teraz.
    Ból w trakcie przemiany był niesamowity i nie opuścił księcia nawet po niej. Kajdany były teraz o wiele za ciasne.
    Książę szarpnął się raz… drugi… trzeci… Bezskutecznie. Instynktownie ograniczał swoją siłę ze względu na ból, ale nie mógł sobie teraz na to pozwolić. Rzucił się jeszcze raz. Kawał drewna oderwał się z bloku razem zaciśniętą na lewej ręce Gafnara klamrą.
    Na zewnątrz słychać już było krzyki. Książę szybko pozbył się bolców blokujących kajdany i uwolnił niedokrwione kończyny, po czym niezwłocznie pobiegł do wiedźmy, próbującej znaleźć podparcie czubkami palców.
    Gafnar już miał zadać jej śmiertelny cios, jednak wstrzymał rękę i ostrożnie przysunął szponiasty palec do piersi wiedźmy.
    Niewidzialne pole odepchnęło pazur. Książę zaklął, tym razem bez rezultatów. Pani spojrzała na niego z wyższością, niezwykłą u kogoś, kto właśnie się dusił.
    Do wnętrza chaty wpadł jakiś kotołak. Kiedy zobaczył, duszącą się, Panią i stojącego przed nią Gafnara, zamarł na chwilę, ale szybko zreflektował się i skoczył na księcia.
    Gafnar był słaby, zmęczony i wycieńczony, ale w przeciwieństwie do kotołaka, przez całe życie uczył się walczyć. A teraz walczył o życie.
    Wiedźma nigdy by mu nie wybaczyła, a nawet jeśli, to na lepszą okazję na skończenie z jej tyranią nie można było liczyć. Wystarczyło poczekać, aż udusi się sama.
    Powaliwszy przeciwnika książę skoczył do bloku drewna i przystawił go do drzwi.

     

    ***

     
    Barykada pomogła tylko na chwilę. Teriantropi zwyczajnie wydarli dziurę w ścianie obok drzwi. Było zbyt wcześnie – wiedźma dopiero straciła świadomość – więc Gafnar wyszedł z chatki i zastąpił im drogę.
    Pierwszych dwóch próbowało go po prostu wyminąć, dlatego umarli bez walki. Potem przestało być łatwo.
    Gafnar walczył o życie i to ze świadomym poświęceniem zdrowia. Wolał być okaleczony niż pozwolić komuś uratować wiedźmę, która sprowadziła na niego ten los.
    Stale walczył sam przeciw kilku, więc w końcu dwóm teriantropom udało się go powalić i zaczęli orać pazurami jego skórę. Trzeci właśnie miał wbiec do chatki, ale ostatkiem sił Gafnar poderwał się tylko po to, żeby złapać go za nogę i przewrócić.
    Udało mu się, ale poza tym głównym efektem tego skoku było to, że przez chwilę odsłonił wrażliwe miejsca i jeden ze szponów przeciwników przeciął jego skórę niebezpiecznie blisko tętnicy.
    Wtedy książę zrozumiał, że umrze niezależnie od tego, co zrobi. Chciał zdobyć choćby jeszcze kilka sekund, żeby zabrać wiedźmę ze sobą. Zaczął walczyć jak zwierzę. Próbował ugryźć przeciwnika. I wtedy…
    Stał się zwierzęciem.
    Mięśnie rozrosły się jeszcze bardziej i zmieniły swoje ułożenie. Kości tak samo. Ciało zatraciło kształty humanoida.
    Gafnar nie wiedział, czym się stał. Nigdy nie słyszał o czymś takim. Ale nie myślał o tym. Czuł teraz tylko gniew i prostą zwierzęcą furię.
    Wpadł w szał, nie wiedział nawet, ile gardeł przegryzł, ile żeber zmiażdżył swoim ciężarem, ile bezwładnych ciał posłał w powietrze ciosami potężnego ogona. Ani z ilu ran sam krwawił.
    Niemniej liczby były przeciwko niemu. Gafnar mógł walczyć i zwyciężać, ale nie ważne jak wielu zabił, wystarczyłby tylko jeden teriantrop, który dałby radę dotrzeć do Pani, by klęska księcia była nieunikniona.
    I ten jeden się znalazł. Był nim Stary. Gafnar kontem oka rozpoznał jego białą sylwetkę, znikającą w chatce, a zaraz potem rozległ się trzask, pękającego lodu.
    Walczący zamarli.
     – Nie!!! – krzyknął Stary.
    Gafnar odetchnął z ulgą. Jeśli miał umrzeć, to chociaż dopełnił dzieła. Całe napięcie opuściło go nagle, a razem z nim nowa postać. Mięśnie obkurczyły się, kości tak samo, a ciało wróciło do humanoidalnych kształtów.
     – Zabiłeś ją, skurwysynie!!! – wrzasnął siwy wilkołak, wychodząc z chatki.
    Inni teriantropi pośpiesznie schodzili mu z drogi.
     – Tssaak. Jessstteeśśścciee wollnii! – krzyknął Gafnar do zebranych, liczył, że nie będzie musiał już walczyć. Przynajmniej z tymi, którzy do tej pory wstrzymali się od atakowania go.
     – Wol-ni?! – wrzasnął Stary, a głos załamał mu się tak, jakby tracił zmysły – Wolni?! Czy ty w ogóle wiesz, o czym mówisz?! Ona nie była dla nas dobra. Ale to jedyne miejsce, w którym tacy jak my mogli żyć!
     – Wcciiąszz moszzeccie tsuu zosstaćć… – odparł Gafnar.
     – Nie. Nie możemy! Teraz to nie ma sensu! Komu mamy służyć?! Od naszej śmierci Pani była całym naszym życiem! To co zrobiłeś… Nie uwalnia się z klatki zwierzęcia, które tak długo tkwiło w niewoli!
    Stary zamilkł, a Gafnar nie odpowiedział mu. Nie wiedział, co mógłby powiedzieć. Nie miał wątpliwości, że zabicie Pani było słuszne, a jednak teraz poczuł ukłucie wyrzutów sumienia. Może faktycznie osierocił jej dzieci? Jedno na pewno.
     – Zabij mnie! – krzyknął nagle Stary, wyrywając Gafnara z zamyślenia.
     – Tsoo?
     – Zabij mnie!!! – powtórzył Stary i nie czekając na odpowiedź, rzucił się w stronę rozmówcy z wyciągniętymi szponami.
    Później, kiedy Gafnar o tym myślał, doszedł do wniosku, że wcale nie chciał zabić Starego. Nie po jego mowie. Wtedy było mu go żal. Bo przecież to był tylko kolejny złamany człowiek.
    Ale zadziałały wyuczone odruchy.
    Gafnar zmienił się w najmniej zwierzęcą formę siebie, ale poza tym nie zrobił nic. Stał nad ciałem Starego w milczeniu. Cały się trząsł. Cały był we krwi. Swojej i nie tylko.
    Nikt więcej go nie atakował. Nikt nie ruszył się z miejsca. Wszyscy trwali w milczeniu… sekundy… minuty…
     – Jeśśli ktoś chhcce iśśćć zza mną, to zzmieszam do Zzzirrnallu, ssstolicy megoo ludu – powiedział, nie podnosząc wzroku – Zzznajdę tam dla wass miejsscce.
    Przez chwilę trwała cisza, ale w końcu jeden z kotołaków wystąpił z tłumu.
     – Wybacz, panie, też jestem elfem i śmiem w to wątpić – powiedział – Od Wojny Ras nasi pobratymcy nie znoszą odmieńców.
     – Jesstem kssięcciem! Nassstępccą tronu! Nikt mi nie odmówi – odparł Gafnar podrywając głowę, ale ochłonąwszy dodał – Ale niee będę wass zzmuszzał. Jeśśli kogośś zz wass wsstszzymuje lękk, niech cceka tu na mnie. Wrróce po nieedowiarków!

     

    ***

     
    Nikt z nim nie poszedł. Gafnar nie wiedział nawet, czy ktoś zamierza czekać na jego powrót, ale złożył obietnicę. Nie ważne, czy wróci nadaremno czy też nie. Wróci.
    Od stolicy dzieliło go wiele mil, a brak konia wcale nie ułatwiał mu podróży. Niemniej trzeba było iść. Stolica Nasmiru przecież nie mogła przyjść do niego.
    Dni mijały spokojnie. Wszelkie leśne bestie, dla własnego dobra, omijały jaszczurołaka szerokim łukiem.
    Gafnar w końcu mógł normalnie jeść i cieszył się każdym kęsem upolowanych zdobyczy. Wreszcie mógł wrócić do mięsa, a co ważniejsze do pieczonego mięsa, którego nie jadł od tak dawna. Nie martwił się co będzie, gdy dotrze do domu. Nie myślał o tym.
    Do czasu.

     

    ***

     
    Lodowata woda obmyła jego kostki.
    Rzeka Arg-cha, która stanowiła umowną granicę państwa elfów, nazwę swą zawdzięczała ogrom mieszkającym dalej na północy.
    W tym miejscu była dość szeroka, choć nie na tyle szeroka, by nie przerzucić jej z łatwością kamieniem.
    Od swojej ojczyzny Gafnara dzieliły już tylko jej wody, ale nie mógł jej przekroczyć.
    Do jego umysłu wkradły się myśli o tym, czy aby nad państwem elfów nie czuwają jakieś starożytne zaklęcia, które nie pozwalają abominacjom takim jak on dostać się na te tereny, ale w głębi duszy Gafnar wiedział, że prawda była o wiele prostsza.
    O ile do tej pory, kiedy powrót do domu był dla niego odległą przyszłością, łatwo mu było wyprzeć strach, tak teraz lęk uderzył go ze zdwojoną siłą.
     – A co jeśli tamten kotołak miał rację? A co jeśli to już nie jest mój dom? – myślał.
    Gafnar cofnął się z powrotem na ląd. Nie mógł jeszcze wrócić do domu. Nie tak.

     

    ***

     
    Gafnar upolował dwie łanie i nazbierał trochę szyszek z okolicznych olch. Później rozpalił ognisko, otoczył je kamieniami, poczym zajął się sarnami.
    Najpierw je oporządził i upiekł ich mięso, a posiliwszy się, resztę jedzenia wsunął w zaspę śniegu. Dopiero z pełnym brzuchem Gafnar zajął się sarnimi skórami.
    Starannie oczyścił je z resztek krwi, śluzu i wszystkich innych zanieczyszczeń, potem wstał od ognia i odszukał w lesie dość szeroki konar odrzucony przez drzewo. W nim książę wyżłobił zagłębienie, do którego zaczerpnął wody z rzeki, a następnie, używając dwóch patyków jako kleszczy, wyjął z ogniska nagrzane kamienie i wrzucił do wody.
    Nie trzeba było długo czekać, a w prowizorycznej misie zaczęło wrzeć. Nim jednak tak się stało, Gafnar starannie starł nazbierane szyszki na kamieniach, by zaraz potem wrzucić powstałe wióry do wrzątku. W ten sposób w misie powstała gęsta brązowa papka, którą po dobie książę miał nałożyć na skóry i zostawić do wyschnięcia.
    To było najłatwiejsze. Ostatecznie Gafnar mógł nawet znaleźć pierwszą lepszą elfią strażnicę i zażądać ubrań od jej mieszkańców, ale chodzenie na łatwiznę nigdy nie było w jego stylu.
    Księcia czekała jednak jeszcze druga, trudniejsza, jeśli nie niewykonalna kwestia.

     

    ***

     
    Minął dzień… drugi… trzeci…. w końcu minął i tydzień… i drugi…
    Gafnar niemal nie ruszył się z miejsca. Zapas mięsa zdążył wyczerpać się dwa dni wcześniej, ale on trwał.
    Nie wiedział czym stał się tej nocy, kiedy zabił Panią i Starego, ale jeśli potrafił stać się bardziej zwierzęcy od każdego innego teriantropa to…
    Chciał móc przestać być zwierzęciem w pełni.
    Przez te dni nie raz dopadło go zwątpienie, ale mimo to Gafnar pobudzał w sobie kolejne uczucia, myślał o kolejnych aspektach siebie, odzywał się do najgłębiej skrywanych emocji…
    Nie wiedział, kiedy mu się to udało. Po prostu pewnego razu, kiedy nachylił się nad taflą wody zobaczył siebie. Prawdziwego siebie. Dawnego siebie.
    Dopiero wtedy okręcił się w skóry i przekroczył rzekę.

     

    ***

     
    Jego gwizd poniósł się miedzy drzewami. Teraz wystarczyło tylko poczekać.
    I to jak się okazało nie długo. Koń przybiegł do niego już po kilku minutach. Musiał być w pobliżu, kiedy usłyszał gwizd.
    To była kara klacz, wyglądała na dość młodą. Owinięty w skóry Gafnar wyciągnął do niej swoją dłoń.
    Koń wycofał się pospiesznie. Czuł, że coś jest nie tak.
    Gafnarowi zrobiło się przykro, ale nie mógł przecież winić zwierzęcia. Starał się wysłać mu myślą spokojne uczucia, powiedzieć mu, że nie ma się czego lękać, ale nie wiedział nawet, czy wciąż może posługiwać się telepatią.
    Niemniej w końcu koń ustąpił.
    Dalsza droga do stolicy elfów minęła bez zakłóceń. Jak kazał zwyczaj do tyczący zwykłych koni, Gafnar co dzień zmieniał wierzchowca i co dzień musiał go oswajać, a raz zdarzyło się nawet, że przywołany ogier nie dał się udobruchać i książę musiał wezwać innego.
    Nie próbował kontaktować się z elfami, których osiedla z pewnością mijał. Ale to i tak było bez znaczenia. Oni z pewnością go widzieli i przekazywali sobie nawzajem wieści o powracającym księciu. A on chciał po prostu wrócić do domu.

     

    ***

     
    Plotka o nadejściu Gafnara musiała znacznie go wyprzedzać, bo na parę dni drogi od Zirnallu jego brat wyjechał mu na spotkanie.
    Po śmierci matki Harvall stał się, prócz ojca, jedyną bliską mu rodziną. Przyjacielem. Był od niego młodszy i zdarzało się, że bywał dziecinny, ale na każdą z jego wad przypadały najmniej dwie zalety.
    Ledwo dostrzegłszy się w oddali, obaj spięli konie. Tylko po to, by zaraz z nich zeskoczyć i paść sobie w ramiona.
     – Bracie! Wszyscy myśleli, że nie żyjesz! – powiedział Harvall, kiedy w końcu rozluźnili uścisk – Twój koń wrócił sam, a w jego wspomnieniach znaleźliśmy obrazy ciebie śmiertelnie ranionego przez bazyliszka. Sam chciałem jechać odszukać twoje ciało, ale ojciec się nie zgodził, a zwiadowcy, których tam posłał, wrócili z niczym.
     – Tak dla jasności, to zabiłem tego bazyliszka – powiedział ze śmiechem Gafnar. Harvall zauważył, że jego głos brzmiał trochę niewyraźnie, jakby zmienił mu się akcent, ale doskonale dało się go zrozumieć – A jeśli nie zamierzałeś wziąć ze sobą hufca wojska, to cieszę się, że ci nie pozwolił. Jeszcze nigdy nie miałem tyle do opowiedzenia.
     – Nic dziwnego, że masz co opowiadać. Wyruszyłeś jeszcze przed śniegami, a teraz zbliża się już odwilż.
     – O nie, bracie! Nie ilość, a jakość cię zaskoczy. Przeżyłem takie rzeczy, że pozwolę ci przeczesać swoje myśli, bo inaczej mi nie uwierzysz.

     

    ***

     
    Ostatnie dni drogi urozmaiciły niekończące się opowieści. Gdy mówił Gafnar, młodszy książę słuchał go w ciszy, choć nie mógł się powstrzymać przed dodaniem kilku kąśliwych uwag, zwłaszcza gdy była mowa o pierwszej wizycie brata w domu Pani.
    Zgodnie z obietnicą, Gafnar pozwolił mu wniknąć w swoje myśli, ale nie zgodził się na demonstrację przemiany w jaszczurołaka. Za bardzo bał się, że nie będzie w stanie wrócić do elfiej postaci.
    W końcu starszy z braci skończył swoją opowieść i przyszła pora, by to Harvall zdał relację z tego, co działo się w stolicy.
     – Ominęło cię sporo polityki i spisków. W każdym razie okazało się, że dobrze, że nie dotarłeś na obrady z ludźmi – zaczął Harvall.
     – Jak to? – zdziwił się Gafnar – Ludzie szykowali zasadzkę?
     – Nie… zresztą nie wiem. W każdym razie dowiedzieliśmy się, że spisek wysokich rodów sięga dalej niż myśleliśmy – odparł pochmurnie Harvall – Przewodniczy mu Khasira, a my nie możemy jej tknąć.
     – Co? Niby czemu?
     – Jako członkinię wysokiego rodu mogliśmy ją skazać tylko w czasie zebrania Rady, a że ona do Rady należy to mogła uczestniczyć w spotkaniu. Ojciec zrobił co mógł, ale ona powiedziała, że jest w ciąży z Opiekunem Zwierząt.
     – Z Mistrzem Dziczy?! Chyba jej nie uwierzyliście, że ma dziecko z bogiem.
     – Gafnar… Ja sam sprawdzałem płód… Jeśli to nie dziecko Opiekuna to doprawdy nie wiem, czyje mogłoby być.
     – A więc jednak udało im się stworzyć czempiona… nadelfa… – mruknął Gafnar – Bo zgaduję, że Rada puściła ją wolno.
     – Tak. Głosy podzieliły się po połowie. Część uznała, że niezależnie od zbrodni matki, nie można skrzywdzić dziecka Opiekuna.
     – Więc nie możemy zagwarantować pokoju z ludźmi – zgadł Gafnar – Obrady muszą zostać zerwane.
     – Już zostały – poprawił go Harvall i dodał z uśmiechem – Dobrze, że wróciłeś. Ktoś mi musi pomóc ogarnąć ten burdel.
     – Tak… – potwierdził smutno Gafnar, ale po chwili podniósł oczy na brata i dodał z uśmiechem – Dobrze, że wróciłem.

     

    ***

     
    O ile elfy mieszkające poza stolicą zachowały dystans, tak królewskich braci wjeżdżających do Zirnallu powitały wiwaty tłumów elfów.
    Gafnar zsiadł z konia i dał mu znać, że może już odejść, po czym odwrócił się do poddanych i pozdrowił ich uniesioną dłonią. Krok za nim Harvall poszedł w jego ślady.
    Tłum zafalował z radości, Gafnar zawsze był tym bardziej lubianym z braci i bez wątpienia poddani cieszyli się, że jednak to on zostanie w przyszłości ich nowym królem.
    Sam Gafnar również cieszył się widokiem, który zastał. W wiecznej stolicy elfów nic się nie zmieniło. Roślinność splatająca się z kamieniem w pozornym chaosie nadal zaszczycała swym pięknem szczęśliwców, którym dane było ją oglądać. Ten widok sprawiał, że nawet najbardziej zatwardziały niedowiarek musiał przyznać, że stolicę elfów wyśpiewała sama Opiekunka Roślin.
    Niemniej chwile radości stłumiło zmęczenie, jakie nagle ogarnęło starszego z braci. Dopiero teraz, w domu, pozwolił sobie na odprężenie, i dopiero teraz dotarło do niego jak bardzo potrzebuje wypocząć.
    Nagłe zmęczenie sprawiło, że Gafnar owi pociemniało w oczach. Gdyby tylko był sam, chyba pozwoliłby sobie odpłynąć w ciemność, ale nie był sam, a nie mógł pozwolić sobie na okazanie słabości przed poddanymi. Zwłaszcza w świetle knutych wokół spisków.
    Mimo że Gafnar był pewien, że udało mu się ukryć oznaki zmęczenia, Harvall dostrzegł, jak starszy brat zachwiał się na nogach i w lot zrozumiał, czego to oznaka. Dlatego też złapał go za rękę i nie zważając na skonsternowanie tłumu zaczął prowadzić go do drzewnego pałacu – najwspanialszej i największej z budowli wyśpiewanych przez boginię.
    W tej chwili Gafnar czuł się tak, jakby wypił o kilka głębszych za dużo, starał się trzymać fason i byłby pewny, że mu to wychodzi, ale cała rzeczywistość stała się tak rozmyta, że wcale nie musiało to być prawdą.
    Wejście po długich krętych schodach było nie lada wyzwaniem, ale Harvall odgonił wszystkich chcących pomóc im służących, mimo że ostatecznie musiał niemal nieść wspartego na nim brata.
    Dotarłszy do jego izby, ułożył Gafnara na uformowanym z jemioły łóżku.
     – Dzięki, Harvall… – powiedział starszy z braci – Do tej pory nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego jak bardzo jestem zmęczony… Daj mi chwilę… Tylko odsapnę i razem pójdziemy do ojca, dobrze?
     – Nie, Gafnar – powiedział młodszy książę – Zostań tu. Zostaw ojca mnie i odpocznij wreszcie. Każe służbie przynieść ci jakieś stosowne ubranie.
     – Dziękuję… – wymamrotał nieprzytomnie Gafnar, choć to, czy dotarła do niego końcówka wypowiedzi brata, budziło wątpliwości. Otulił go sen.

     

    ***

     
    Harvall szukał brata po całym mieście. Był już we wszystkich miejscach, w których Gafnar lubił przebywać i odwiedził domy wszystkich ich przyjaciół. Bez skutku.
    Sytuacja wydała mu się beznadziejna i w zasadzie już miał się poddać, kiedy coś tknęło go, by zajrzeć do Tawerny.
    Na całym świecie elfy uważane były za najszlachetniejszą i najpiękniejszą z ras. Niemniej nawet wśród nich żyli tacy których dusze nie należały do najczystszych. W Zirnallu miejscem dla takich jak oni była Tawerna.
    Nazwa ta nie oddawała właściwej natury tego miejsca. Na elfią modłę, pomimo spowijającego jej wnętrze mroku, oberża miała wykwintny, zdobny wystrój.
    Kiedy książę wszedł do środka, powitały go wrogie spojrzenia gości, nie mniej każdy z obecnych wstał i pozdrowił Harvalla skłonieniem głowy.
    Prawie każdy.
    Ciemna zakapturzona postać, siedząca przy szynkwasie, nawet nie odwróciła się do księcia.

     

    ***

     
    Po audiencji u ojca Tawerna była jedynym miejscem, które wydało mu się odpowiednie dla niego i żadna racjonalna myśl nie mogła odwieźć go od tego pomysłu.
    Oberżysta patrzył na niego z odrazą, tak samo jak wszyscy goście, ale Gafnar nie zwracał na to uwagi. Przyszedł tu, żeby pić. A pił, żeby zapomnieć.
    Zapomnieć o tym, jak jego własny ojciec kazał straży wydrzeć go z własnych komnat i zaciągnąć do sali tronowej. O tym jak na oczach arystokracji został zbesztany za „zhańbienie rodu”. O tym jak król Bafrall, bo tak chyba teraz winien go tytułować, przeklął go i wydziedziczył. O tym jak w gniewie na oczach dworu zatracił elfią postać, a jego skórę pokryły łuski.
    O tym jak jego brat, który jeszcze przed chwilą deklarował mu przyjaźń, przygląda się temu.
    Pił, a butelki wina układały się przed nim w stos.

     

    ***

     
    Jego brat opuścił salę w takim gniewie, że nikt z zebranych nie pomyślał nawet o zastąpieniu mu drogi. Zwłaszcza, że przestał wyglądać normalnie. Nikt z obecnych nie widział dotąd jaszczurołaka ani żadnego innego teriantropa. Wszyscy wkładali legendy o nich między bajki i do momentu przemiany Gafnara, nie dawali wiary nawet temu, co mówił król. Tym większy był ich strach, gdy zobaczyli łuski na skórze ich niedoszłego władcy.
    Wychodząc, Gafnar bynajmniej nie wyglądał na takiego, który miałby ochotę mówić z bratem. Ale Harvall chciał mu pomóc, choćby znaleźć miejsce do spania, a nawet przez myśl mu nie przeszło, że Gafnar może go obwiniać za postawę ojca.
    Bo prawda była taka, że młodszy książę zrobił wszystko, co w jego mocy, by uspokoić ojca. Bezskutecznie.
    Najpewniej to była wina Khasiry. Od początków istnienia państwa w Nasmirze żyły wyłącznie elfy, a od lat król zmagał się z elfimi radykałami, którzy chcieli elfy „ulepszyć”. To mogło sprawić, że powrót „ulepszonego” syna obudził w ojcu gniew.
    Teraz, kiedy odnalazł brata w karczmie, Harvall czuł lęk. Bał się jego reakcji. Niemniej podszedł do szynkwasu i usiadł obok niego.

     

    ***

     
    Kiedy ktoś usiadł obok niego, Gafnar naciągnął tylko kaptur na głowę i zignorował go, ale natręt wcale nie odszedł, zamiast tego złapał go za dłoń.
     – Bracie?… – odezwał się znajomy głos.
    Jaszczurołak wzdrygnął się i wyszarpnął rękę z uścisku.
     – Odejćć ssstąd… – syknął.
     – Spokojnie… Ojciec nie wie, że tu jestem. Chce pomóc ci znaleźć jakieś lokum, póki… – zaczął Harvall, ale nie dane mu było dokończyć.
     – Wynośśś sssiię! – warknął Gafnar – Jak śśmiesszz do mnie przychhhodzzziićć po tym jakk mniee zzzdradzziłeśś?! Jak nasstawiłeśś ojccaa prsszzecciw mniee?! Iii dlacczzegoo to w ogóle zzrobiiłeśś?! Dla tronuu?!
    Harvall był wstrząśnięty. Nigdy nie zazdrościł bratu pozycji, a w każdym razie od bardzo dawna. Nie rozumiał, jak brat w ogóle mógł pomyśleć o tym, że byłby zdolny wbić mu nóż w plecy.
    Ale może to faktycznie była jego wina? Ojciec nie wysłuchał go. Przyjął tylko suche fakty, a resztę puścił mimo uszu. Może Harvall nie powinien był wspominać mu o klątwie? Może gdyby Gafnar sam z nim porozmawiał i przekazał ojcu wspomnienia ze swojego pobytu w niewoli, ten by go zrozumiał?
     – Posłuchaj… Bracie… – zaczął z ciężkim sercem książę.
    Jaszczurołak poderwał się gwałtownie znad szynkwasu, cofnął o krok, po czym złapał się gwałtownie za twarz i skulił w bólu.
    Drobne łuski które wcześniej pokrywały ciało brata, wcale nie wydały się Harvallowi czymś choćby strasznym. Teraz był przerażony.
    Gafnar przewyższał go o głowę i to mimo, że był zgarbiony. Łuski na jego skórze urosły razem z nim, tak samo pazury, a kiedy opuścił ręce… Harvall zamiast twarzy zobaczył gadzi pysk.
    Wszyscy w Tawernie napięli się do skoku, ale Harvall powstrzymał ich ruchem dłoni, wstał i niepewnie zagrodził bratu drogę do wyjścia.
    Tuż przed nim jaszczurołak dyszał ciężko, a z każdym oddechem jego płaszcz groził rozerwaniem.
     – Anii tffojjegoo brraataa, anii ksssiięęccciiaa jusszz niee maa! Jesszzt tyllkoo Azzssaaarr!
    Harvall chciał coś powiedzieć, ale Gafnar zwyczajnie odepchnął go sobie z drogi i wybiegł z Tawerny.

     

    ***

     
    Jako zwierzchnik elitarnej drużyny elfich wojowników, Harvall mógł ścigać brata. Nawet powinien – tak stanowiły rozkazy jego ojca. Jednak tym razem książę ich nie wykonał.
    Skoro Gafnar, czy może teraz Azsaar, nie chciał z nim mówić, to Harvall nie zamierzał go do tego zmuszać. Zwłaszcza, że coś mu mówiło, że próba pojmania brata nie obyłaby się bez ofiar.
    Księciu pozostało tylko czekać, aż Azsaar i ich ojciec ochłoną i sami zechcą się pojednać. Niemniej nie mógł sobie odmówić przeglądania niepokojących raportów, które znaczyły trasę jego brata.

     

    ***

     
    Jak ojciec mógł do tego dopuścić?! To wszystko była jego wina. Dlaczego w ogóle pozwolił mi jechać?!
     – Obyś sszzcczzeezzzł! – warknął Azsaar, wybiegając z miasta. Nie wiedział, że jest obserwowany ani nie słyszał chichotu.
    Jaszczurołak zupełnie porzucił zmienianie się. Skoro jego ojciec chciał potwora, to miał go otrzymać. Niezależnie jak głośno krzyczały resztki honoru tego, który niegdyś był Gafnarem.
    W pierwszym siedlisku elfów jakie znalazło się na jego drodze, mężczyźni chcieli stawić mu opór. Nie zabił ich, ale sprawił, że pożałowali. Bardzo.
    Wziął stamtąd tylko wino i odszedł.
    Przy następnych siedliskach było już prościej. Wieść niosła się szybko i już przy kolejnym napadzie, nikt nie pomyślał nawet o stawianiu mu jakiegokolwiek oporu. Później elfy zaczęły zostawiać alkohol przed drzwiami w nadziei, że potwór weźmie po co przychodzi i zostawi je w spokoju.
    Miały rację.

     

    ***

     
    Od ucieczki byłego dziedzica minęło kilka dni.
    Ze względu na spiskowców i bezkarność Khasiry, atmosfera na dworze w Zirnallu jeszcze przed jego powrotem była napięta, a teraz…
    Niemniej w końcu król Bafrall musiał zasnąć. Kilka nieprzespanych nocy, które miał za sobą, już i tak zdążyły odcisnąć piętno na bystrości jego umysłu.
    Spał mocno. Nie słyszał chichotu, który rozległ się gdzieś w koronnie drzewa, które rosło nieopodal drzewiastego pałacu. Nie słyszał też jak lodowa strzała przecina powietrze i bezbłędnie przedziera się przez składające się na sufit jego komnaty gałęzie, pokonując przy tym wszelkie magiczne zabezpieczenia. Nie słyszał, jak strzała wbija się w końcu w jedną z nich. Nie słyszał jak lód zaczyna topnieć i kapać prosto do stojącego na stoliku dzbana z wodą.
    Nie słyszał chichotu. Nie słyszał skóry ciętej w runy jego imienia. Nie zrozumiał, że to wyrok.

     

    ***

     
    Podróż do chatki Pani minęła szybko. Wystarczyło porzucić stare, cywilizowane nawyki i pędzić przez las jako zwierze.
    W trakcie podróży prawie w ogóle nie trzeźwiał. Przynajmniej póki na jego trasie można było spotkać jakieś elfy.
    Jadł niewiele. Głównie dlatego że nie chciał jeść mięsa na surowo, a rozpalenie ogniska i upieczenie zdobyczy kosztowałoby go zbyt dużo czasu.
    Kiedy dotarł na miejsce była noc, ale to nie miało znaczenia. Widział wszystko dokładnie. Zresztą wszystko pozostało na swoim miejscu. Nietknięte. No może poza jedną różnicą – ciała poległych wokół chatki zostały zabrane. Azsaar nie chciał myśleć co się z nimi stało. I nie myślał.
    W pobliżu nie było nikogo, więc jaszczurołak po prostu wszedł do środka.
    Wewnątrz izby poza walającym się wszędzie szkłem i książkami, leżała martwa Pani. Z nie znanych przyczyn jej ciało nadal nie zaczęło się psuć, a jednak Azsaar wzdrygnął się na jej widok. Nie wiedział czemu dawni służący nie pozbyli się jej, tak jak reszty zwłok, ale zaraz się o tym przekonał.
    Magia, która za życia nie pozwalała zrobić Pani krzywdy, po śmierci powstrzymała teriantropów przed przeniesieniem jej ciała.
     – Mam szczęście, że nie próbowali spalić jej razem z chatą – pomyślał Azsaar.
    Razem z Panią spłonąłby wówczas najważniejszy cel jego podróży. Księgi.

     

    ***

     
    Od śmierci króla minęło wiele dni, nim przystąpiono do koronacji. W ostatnim czasie działo się po prostu zbyt wiele rzeczy i życie długowiecznych elfów nagle stało się nienaturalnie wartkie.
    Poza tym na głowie przyszłego władcy znalazły się trzy nader ważne obowiązki. Musiał pochować ojca i przypilnować tradycji z tym związanych, znaleźć i skazać spiskowców odpowiedzialnych za śmierć króla, a także niemal wywalczyć należne mu prawo do korony.
    A jednak mimo trudności siedział teraz w sali tronowej swojego ojca w towarzystwie najznamienitszych postaci z elfiego dworu i czekał, aż dwa księżyce oznajmią nadejście północy, a najwyższy kapłan nałoży mu koronę na głowę.
    Umarł król, niech żyje król!

     

    ***

     
    Jak się okazało teriantropi nie opuścili tego miejsca. Przynajmniej nie wszyscy. Kiedy Azsaar zajęty był studiowaniem ksiąg, oni przynosili mu wodę i mięso, a nawet na jego prośbę piekli je nad ogniem.
    Zbiory Pani zdradziły mu wiele, naprawdę wiele tajemnic o których nie miał pojęcia. Najżałośniejszą z nich było potwierdzenie tego, że teriantropi reagowali na zmiany księżyców. W trakcie pełni byli silniejsi, a w trakcie nowiu wręcz przeciwnie.
    To nie tak, że dawne legendy o tym nie wspominały, Azsaar zdążył nawet doświadczyć tego wpływu, a jednak nie dowierzał swoim odczuciom póki nie wyczytał tego w księdze Pani. Bo przecież co kształt księżyców mógł mieć wspólnego z siłą śmiertelnika.
    Mijały dni, a Azsaar nadal nie opuszczał zrujnowanej chatki.
    Księgi, kryły też ciekawsze sekrety. Według nich każdy rodzaj teriantropów, niezależnie czy to lykantrop, gatantrop, savrantrop, czy nawet ferantrop, mógł przybrać cztery różne formy. Cztery stopnie teriantropiczne.
    Przez ostatnie miesiące Azsaar doświadczył każdego z nich, ale inni teriantropi wydawali się o nich w ogóle nie wiedzieć. Pani im nie powiedziała.
    Okazało się też, że przez cały czas jaszczurołak siedział wśród słoi z łatwopalną substancją, ale nawet kiedy się o tym przekonał nie opuścił chatki.
    W końcu po kilku tygodniach i kolejnej nieprzespanej nocy Azsaar wiedział już wszystko, co oferowały zbiory Pani. Wszystko. A był to poranek tego samego dnia, w którym miała miejsce koronacja jego brata.
    Upewniwszy się, że nie umknęło mu choćby słowo zapisane przez Panią, Azsaar wyszedł z chatki w poszukiwaniu jednego z teriantropów.
    Znalezienie go nie było trudne. W zasadzie trudno było mówić tu o szukaniu, bo niedźwiedziołak siedział na postumencie, na którym przed miesiącami jego bracia pełnili wartę.
    Mężczyzna nie udawał jednak gargulca, jak czyniłby to dawniej. Najwyraźniej postument wydał mu się najwygodniejszym siedziskiem w okolicy. Ferantrop posadziwszy swój zad na kamiennym cokole, wymachiwał w powietrzu krótkimi nogami i kulił się z zimna.
    Azsaar wiedział już, że odporność na chłód przypisana jest wyłącznie savrantropom. Podszedł więc do niedźwiedziołaka i podał mu swój własny płaszcz, za który przeciętny człowiek w Fragtarze mógłby przez rok mieszkać w zajeździe i to wcale nie podłym.
     – Weśśś too i ssiięę okkryj – powiedział Azsaar – Jak ccii ssiięę zzrrobii ccciiepllej to zzzgromadźź tuu wsszzyssstkichh…
    Niedźwiedziołak przyjął płaszcz z wahaniem, tak jakby podejrzewał podstęp. Pewnie do tego właśnie przyzwyczaiła go Pani.
    Niemniej niemal bezzwłocznie i dosłownie bez słowa ruszył wykonać polecenie. Przynajmniej Azsaar miał nadzieje, że niedźwiedziołak właśnie dlatego odszedł. Zdążył przyzwyczaić się do ciszy, ale nie wzgardziłby chociaż zdawkowym „dobrze”.
    Przez resztę dnia znowu był sam. Poświęcił ją na przybranie elfiej postaci. A w zasadzie na naukę zmieniania form teriantropicznych. Teraz, kiedy to rozumiał, było mu łatwiej. Pod wieczór był pewny, że będzie w stanie przemienić się w dawnego siebie na oczach pozostałych teriantropów.
    Nie mógł czekać na nich w pierwszostopniowej formie, złudnie podobnej do zwykłego elfa, bo żaden z nich nie poznałby go, ale z drugiej strony zależało mu, by wszyscy go zrozumieli i zobaczyli jak wiele ukrywała przed nimi Pani.
    Kiedy jedynym źródłem światła pozostały, wędrujące po niebie, dwa księżyce, niedźwiedziołak w płaszczu dał Azsaarowi do zrozumienia, że nikt więcej nie przyjdzie.
    Wokół chatki zgromadziło się nieco ponad dziesięciu teriantropów. To nie była nawet połowa z tych, którzy pozostali przy życiu po śmierci Pani, ale Azsaar nie miał pretensji do tych, którzy odeszli. Nawet dobrze się złożyło. Teraz był pewny, że dla każdego wystarczy słoi.
    Jaszczurołak przywołał do siebie niedźwiedziołaka.
     – Gdzzzie ssą innnii? – spytał.
     – Poszli na południe. Ludzie ich nie przyjęli i nie pozwolili odejść – odparł niedźwiedziołak.
    Azsaar pokiwał smutno głową na znak, że rozumie i polecił mu rozdać każdemu po jednym słoiku oraz przestrzec wszystkich, by byli z nimi ostrożni.
    Niedźwiedziołak znów odszedł bez słowa. Azsaar miał tylko nadzieje, że chociaż przekazując ostrzeżenie nie będzie milczał.
    Wszyscy czekali aż były książę coś powie. Nie było powodów, by zwlekać.
    Jaszczurołak najpierw skurczył się do drugostopniowej formy, a później ku zaskoczeniu zebranych przybrał postać dawnego siebie.
    Azsaar zamlaskał, jakby dla przyzwyczajenia się do elfiego języka, po czym znów skupił się na zebranych.
    Teraz jego oczy, choć wciąż lepsze od tych należących do zwykłego elfa, widziały w ciemności znacznie gorzej, a jednak nawet gdyby jaszczurołak uznał, że nie warto przedkładać mowy nad wzrok, nie mógł już się wycofać. Ośmieszyłby się przed zebranymi zmieniając się w tę i we w tę. A na to nie mógł sobie pozwolić.
    Mimo że niegdyś sprawnie walczył na słowa i to nawet z elfią arystokracją, teraz nie wiedział nawet, jak zacząć. W końcu się zdecydował.
     – Bracia! – powiedział – Dziękuję wam, że czekaliście na mnie, gdy byłem w podróży, i pozostaliście tu, kiedy na długie tygodnie zamknąłem się w domu Pani. Wynoszę z niego wiedzę, która pomoże nam przetrwać. Niektórzy z was są mi wdzięczni za odzyskaną wolność. Inni mnie nienawidzą za odebranie im namiastki domu i celu. Jednak wróciłem, by to naprawić. Chciałem znaleźć dla was schronienie w kraju elfów, ale nie przyjęto mnie, mimo mojego pochodzenia. Wśród was byli i na pewno są tacy, którzy rozumieli to nim wyruszyłem do domu mego ojca. Teraz i ja to rozumiem. Jesteśmy Opuszczeni. To jedyne słowo, które do nas pasuje. Opuściło nas szczęście, kiedy spotkaliśmy Panią. I Opuścili nas nasi rodacy, kiedy zwrócono nam wolność. Teraz zostaliśmy tu sami. Zdani na siebie. Ale ja tu nie zostanę. To miejsce musi spłonąć razem ze wspomnieniami, które niesie.
    Z tymi słowami Azsaar wziął słój podany mu przez niedźwiedziołaka i cisnął nim w chatkę. Kiedy szkło pękło w powietrzu rozszedł się dziwny, przyjemny zapach.
    Jaszczurołak nie wiedział, czy da radę użyć magii, nawet w tej formie udało mu się ją przywołać ledwie parę razy. Wiedza zgromadzona w księgach nie zwróciła mu jej, ale zawierała parę wskazówek.
    Azsaar skupił wszystkie swoje emocje na jednym słowie i…
    Chatkę pochłonął ogień.
    Pozostali teriantropi patrzyli w przerażeniu na płonący dom Pani. Tak jakby myśleli, że ona sama zaraz wyjdzie z niego, by skarcić niepokorne sługi, ale tak się nie stało.
    Zamiast tego jeden z kotołaków poszedł za przykładem Azsaara i rzucił swój słój w chatkę. Za nim poleciały kolejne.

     

    ***

     
    Kilka godzin później, kiedy błądzące po niebie księżyce oznajmiły nadejście północy, z chatki pozostały tylko dymiące szczątki.
     – Nie musicie iść za mną – powiedział nagle Azsaar, przerywając ciszę – Ale ze mną znajdziecie ubrania, jedzenie, nowy dom… Cel.
    Po tych słowach odwrócił się plecami do zgliszczy i, nie oglądając się, odszedł.
    I tak synowie króla Bafralla podjęli władzę im przeznaczoną. Jeden został na zachodzie jako król elfów. Drugi ruszył na wschód. Jako jedyny Przywódca Opuszczonych.
    Nie tak miało być, ale tak właśnie było, bo obu towarzyszył chichot.

     

    KONIEC

    • Ten wątek został zmodyfikowany 1 rok, 5 miesiące/y temu przez użytkownika  Marek Pastuszczak
Wyświetlono 1 post (z 1 ogółem)
W odpowiedzi do wątku: Opuszczony

Możesz użyć BBCode do formatowania treści.
Twoje konto nie zezwala na używanie Zaawansowanego BBCode, przed publikacją zostanie on usunięty z postu.

Twoje informacje: