Dzień Białego Słońca

Forum Opowiadania Dzień Białego Słońca

Ten wątek zawiera 0 odpowiedzi, ma 1 uczestnika i został zaktualizowany przez  Marek Pastuszczak 1 rok, 6 miesiące/y temu.

Wyświetlono 1 post (z 1 ogółem)
  • Autor
    Posty
  • #3161 Odpowiedz

    Dzień Białego Słońca

    Brodząc w śniegu, który sięgał mu grubo powyżej kolan, Korzag zaczynał poważnie żałować, że dwa tygodnie temu nie był w stanie powstrzymać swojej zapalczywości.
    Sęk w tym, że kiedy wrócił z wyrębu i zobaczył stosy ciał swoich braci i sióstr, pragnienie zemsty było zbyt silne, by młody ork był mu się w stanie oprzeć.
    Zwłaszcza, że towarzyszyło mu poczucie winy. To przecież on przekonał swoich rodaków z kasty wojowników do kontynuowania  rytualnych treningów w tajemnicy, na przekór zakazom Orfala – ogra, który parę lat temu został wybrany zarządcą wioski.
    Prawdę powiedziawszy, Korzag rozumiał, że jeśli Orfal dowiedział się o konspiracji, to nie miał innego wyjścia niż zareagować przemocą. Tylko że wymordowanie wszystkich orków w wiosce byłoby reakcją adekwatną w trakcie działań wojennych albo na terenach okupowanych, a ogry wcale nie prowadziły wojny z orkami. Wręcz przeciwnie. Od czasów Wojny Ras, która miała miejsce czterysta lat temu, oba narody zamieszkiwały jedno państwo.
    Niestety czasy, w których przymierze było owocne dla orków, trwały bardzo krótko. Korzag podejrzewał, że wszystko zaczęło się, gdy orkowie zgodzili się na nazwanie przymierza "Wielkim Stadem" na część starej ogrzej ideologii. Problemem było to, że ideologia ta, oprócz tego, że wszystkie narody powinny żyć wspólnie jako jedno Stado, zakłada również, że to ogry powinny być opiekunami tego stada. Dlatego też ich wodzowie dość szybko zaczęli siłą domagać się coraz to większych praw w nowopowstałym państwie, a po latach nie było wątpliwości, że orkowie stali się obywatelami drugiej kategorii.
    Z czasem było tylko gorzej, a każdy ich sprzeciw odnosił odwrotny skutek. Korzag przyszedł na świat zbyt późno, by pamiętać któryś z większych buntów orków. Sam natomiast nie marnował żadnej sposobności, by namawiać do niego swoich braci. Nie wierzył w możliwość naprawienia przymierza, jedyną nadzieję dla swojego ludu widział w rebelii i zajęciu części ziemi Wielkiego Stada  – założeniu własnego, suwerennego państwa.
    Korzag mówił o tym otwarcie na każdym orkowym wiecu. Tylko jakie to miało znaczenie teraz, kiedy wszyscy, którym zdążył przekazać te wzniosłe idee, nie żyli, a on sam uciekał z kraju.
    Jego plan był prosty. Dotrzeć jak najdalej na południe, w głąb ludzkiego Fragtaru, i dostać się do którejś z placówek Gildii Posłańców, a tam sprzedać swoje usługi.
    Korzag był pewien, że jest dość sprawnym wojownikiem, by gildia chciała go zatrudnić, w końcu w pojedynkę zabił ogrzego zarządcę. Wiedział jednak również, że jeśli jeszcze kiedyś chce myśleć o poprowadzeniu rebelii orków, to musi być jeszcze lepszy, w końcu ledwo uszedł z wioski z życiem.
    Zresztą Gildia Posłańców była jedną z niewielu grup, które mogły go przyjąć. Jedynymi alternatywami była Gildia Piratów oraz Lud Pustyni, a dostanie się do siedziby którejkolwiek z nich było zdecydowanie poza zasięgiem orka z północy.
    Plany Korzaga miały jednak pewną lukę. Dosłownie mrożącą krew w żyłach wadę. Gdyby ork wyruszył w drogę kilka tygodni później, albo chociaż parę dni wcześniej, nie byłoby problemu. Ale Korzag nie był w tak komfortowej sytuacji. Teraz wszystko wskazywało na to, że będzie się musiał zmierzyć z chłodem przesilenia zimowego  –  jeśli dobrze policzył dni, kolejny poranek miał rozpocząć dzień Białego Słońca. A Korzag był pewny, że dobrze policzył dni. Potwierdzały to zresztą rosnące w oczach zaspy śniegu i milcząca nieobecność leśnych zwierząt.
    Było już dobre kilka godzin po południu, kiedy Korzag zrozumiał, że nie ma szans na znalezienie ludzkiej osady na czas. Liczył na to, że jeśli powoła się na immunitet posłańca, to ludzie pozwolą mu przeczekać Mróz choćby w starej szopie, ale skoro szanse na pomoc zmalały niemal do zera, pozostało mu zrobić wszystko, co w jego mocy, by przetrwać na własną rękę.
    O zrobieniu szałasu nie mogło być mowy. Ścięcie dostatecznej ilości  zamrożonych drzew było zwyczajnie niemożliwe, a podjęcie prób odkopania ze śniegu dostatecznie dużej ilości drewna mijałoby się z celem. Zresztą ork zdawał sobie sprawę z tego, że wszystko co palne będzie mu potrzebne do rozpalenia i podtrzymania ognia.
    Pozostało mu więc zrobienie igloo. Budulca było pod dostatkiem.
    Uformowanie schronienia zajęło mu mnóstwo czasu, głównie dlatego, że kilkukrotnie sam uszkodził swoje dzieło w trakcie robienia komina. Kiedy skończył zaczął szukać gałęzi i patyków, które nadawały się do rozpalenia ognia.
    W ciągu ostatnich godzin odsłonił znaczną połać ziemi, więc teraz jego zadanie było łatwiejsze, ale niewiele. Zwłaszcza, że z każdą chwilą w puszczy robiło się ciemniej. I zimniej.
    W końcu musiał przyznać, że nie ma szans wypatrzeć na ziemi nic więcej. Sterta gałązek, którą uzbierał, wyglądała mizernie, biorąc pod uwagę fakt, że miała mu wystarczyć na dzień i dwie noce szalejącego mrozu.
    Korzag zaklął. Wiedział, że powinien był wpierw zająć się zbieraniem drewna, ale wiedział to dopiero teraz. Był zły. Zły i zmęczony tym, że wszystko układa się przeciwko niemu.
    Młody ork podniósł wzrok na otaczające go drzewa. Widział niewiele, ale upatrzył sobie jedno, którego gałęzie były dość nisko. Sięgnął po swoją siekierę, tą samą którą przed dwoma tygodniami zabrał ze sobą na wyrąb do lasu i tą samą, którą tamtego feralnego dnia wraził w czaszkę ogrzego zarządcy.
    Korzag zamachnął się na drzewko wkładając w cios całą swoją frustrację. Celował w miejsce, gdzie gałąź łączyła się z pniem. Miał nadzieję, że uda mu się odrąbać choć ją jedną.
    Pierwsze uderzenie siekiery sprawiło jedynie, że śnieg, który zatrzymał się na górnych partiach drzewa spadł w dół na orka, ale to spowodowało tylko, że Korzag zamachnął się po raz kolejny… i kolejny…
    Wiedział, a nawet czuł, że ostrze siekiery tępieje z każdym uderzeniem, ale w końcu gałąź ustąpiła.
    Tymczasem mróz wzmógł się do tego stopnia, że mimo wysiłku, który przecież powinien go rozgrzać, Korzag zaczynał czuć, jak ucieka z niego życie. Nie mogło być mowy o próbach ścięcia kolejnej gałęzi. Zresztą siekiera była tak tępa, że, nawet w bardziej sprzyjających okolicznościach przyrody, mogłoby się to nie udać.
    A Korzag i tak nie miał już sił. Dlatego zabrawszy ze sobą zdobyte drewno, wczołgał się do igloo i częściowo zasypał wejście śniegiem, po czym zabrał się za rozpalanie ognia.
    Zeszło mu długo, może nawet zbyt długo, bo kiedy płomień zajął drewienka na dobre, ork był już na skraju omdlenia.
    Igloo miało grube ściany, ale wewnątrz było bardzo mało miejsca. Jakby tego było mało, znaczną jego część zajmowało drewno i w rezultacie Korzag musiał kulić się w ciasnocie. Przynajmniej do czasu, gdy zapasy paliwa nie zmalały.
    A zmalały niebezpiecznie szybko. Choć czas był jedną z ostatnich rzeczy, które młody ork mógł śledzić, bo dla niego każda chwila wydawała się być mroźną wiecznością, a on nie miał najmniejszej ochoty na wyczołgiwanie się z igloo, żeby sprawdzić położenie słońca.
    Bo jednej rzeczy Korzag był pewny  –  małe, białe, wysysające życie słońce rozpoczęło już swoją coroczną wędrówkę po niebie. I, mimo wczesnej godziny, zaczęło już zbierać swoje żniwo wśród mieszkańców Ayrte.
    Czas mijał, drewna ubywało, a Korzag cały czas trząsł się z zimna, mimo że siedział przy samym ogniu. Próbował oszczędzać drewno, zwłaszcza po południu, kiedy jego zapasy zbliżały się już do wyczerpania.
    Nie minęła godzina, a ogień zajął ostatnią z przygotowanych gałązek. Mimo całej swojej dumy i odwagi Korzag był już przerażony. O ile w ogóle można tak mówić o kimś, kto jest tak słaby, że ledwo utrzymuje się w  stanie świadomości.
    Niedługo później ork włożył do, dogasającego już, ognia ostatni kawałek drewna, który był w jego posiadaniu. Choć zrobił to niechętnie, bo stara siekiera była mu jedyną obroną w czasie jego podróży przez Nasmirską puszczę.
    Trzonek siekiery nie chciał ulec słabym płomieniom, ale w końcu się zajął. Podtrzymał ogień jeszcze kilka chwil, lecz w końcu i on zaczął gasnąć.
    Do tego czasu Białe Słońce zniknęło już za horyzontem, jednak świat miał wrócić do normy dopiero dobrych parę godzin później.
    Korzagowi było zimno, bardzo zimno. Z biegiem czasu przysuwał się coraz bliżej ognia, który parzył niemiłosiernie jego tułów, jednak wciąż marzł. A ogień dogasał.
    W środku nocy ork zrobił coś, co było już zwyczajnie głupie. Zaczął zdejmować z siebie ubrania i podsycać nimi płomień.
    Gęsty dym dławił go, a odsłonięta skóra smażyła się w miejscach, w których była zbyt blisko ognia, ale Korzag zyskał w ten sposób kilka godzin.
    Nie myślał o tym, że nawet jeśli uda mu się w ten sposób przetrwać przesilenie, to umrze nazajutrz bez odzienia. Myślał tylko o tym, że mu zimno.
    Ale poranek jeszcze nie nastał i przesilenie wciąż jeszcze trzymało świat w swoich mroźnych szponach, kiedy płomienie przygasły po raz ostatni. W igloo pozostał już tylko nagi Korzag, ostrze siekiery, popiół i żar.
    Powietrze wokół niego po raz kolejny zaczęło się robić coraz zimniejsze. Młody ork zrozumiał, że poległ. Nie przetrwa przesilenia. Nie dotrze do Gildii Posłańców. Nie wyzwoli swoich rodaków spod jarzma ogrów. Chciał tylko, żeby skończył się ten przenikliwy chłód. Ujął więc w dłoń ostrze siekiery i spróbował go zakończyć. Bezskutecznie.
    Ostrze było zbyt tępe, a on zbyt słaby. Nie mógł się zabić i wciąż było mu zimno. Dlatego wsunął się w gorący popiół.

     

    ***

    Hadrwik i jego oddział wracali właśnie z posterunku na granicy Fragtaru z państwem elfów. Kierowali się do koszar w Argionie i, jeśli major pozwoli, dalej, do domów.
    Obsada posterunku zmieniała się cyklicznie, co cztery księżyce. Oddział Hadrwika miał tego pecha, że ich zmiana kończyła się niedługo przed Dniem Białego Słońca i, mimo że, żołdacy popędzali swoje konie jak tylko mogli, nie udało im się zdążyć na czas do jakiejkolwiek osady. Zabrakło im dosłownie dnia drogi.
    Musieli więc rozbić obóz, ale byli przygotowani na tą ewentualność. Mieli ze sobą ciepłe namioty, koce i derki dla koni oraz stosowną ilość siekier, by móc szybko zebrać zapasy na całą dobę.
    Kiedy stało się jasne, że nie uda im się dotrzeć do schronienia na czas, dowódca Hadrwika rozkazał swoim podwładnym zatrzymać się i rozpocząć przygotowania.
    Było wcześnie, więc rozbicie obozu i przygotowanie dostatecznej ilości opału nie stanowiło problemu, dlatego też oddział Hadrwika przetrwał przesilenie w tak komfortowych warunkach, jak to tylko było możliwe w podróży.
    Niepokojący był tylko smród, który dotarł do ich obozu krótko po zachodzie Białego Słońca.
    Właśnie z jego powodu następnego dnia rano dowódca zdecydował udać się na patrol wokół obozowiska. Oczywiście nie sam. I oczywiście pechowym wybrańcem dowódcy był Hadrwik.
    Dowódca go nie lubił. Miał zresztą za co, bo trudno o bardziej gapowatego żołnierza. Sierżant wierzył chyba, że posyłanie chłopaka do trudniejszych zadań może pomóc Hadrwikowi zmężnieć.
    Dlatego teraz obaj strzemię w strzemię  kołysali się w kulbakach, krążąc po lesie.
    Hadrwik pierwszy zauważył igloo. Miał szczęście, bo nie znajdowało się ono zbyt blisko ich trasy, a przysypane dodatkową warstwą śniegu niewiele różniło się od innych zasp. Zauważył ją głównie dlatego, że stała obok drzewa, którego najniższa gałąź została bez wątpienia odrąbana, siekierą, a taki widok tak głęboko w Nasmirskiej Puszczy nie należał do normalnych.
     – Panie sierżancie!
     – Mówiłem ci, żebyś był cicho! Nie wiadomo jakie plugastwo możesz zbudzić!  – syknął dowódca – Czego?
     – Chyba znalazłem to, czego szukamy – powiedział Hadrwik, wskazując na znalezisko – jakieś dwadzieścia kroków w tamtą stronę.
     – Faktycznie… Cholera, chłopcze, masz dobre oko.  – powiedział sierżant –  Chodźmy.
    Dotarłszy do igloo dowódca kazał Hadrwikowi sprawdzić, czy ktoś jest w środku. Ten, niewiele myśląc, wziął swoją włócznię i tępym końcem wbił ją w igloo.
    Z jego wnętrza rozległ się cichy jęk.
     – Hej! Jest tam kto?!   – krzyknął Hadrwik, wyciągając broń.
    Wtedy, widząc, jak jego podkomendny bierze zamach, by ponownie wbić włócznię w śnieg, sierżant podszedł do niego i wyszarpnął mu ją z dłoni.
     – Oddawaj to idioto!  – krzyknął  – Miałeś sprawdzić czy ktoś tam jest, a nie upewniać się, żeby umarł w tej hałdzie śniegu! Lepiej weź się do roboty, trzeba go szybko odkopać.
    Drążenie dziury w śniegu szło Hadrwikowi dość mozolnie. W końcu, widząc to, sierżant dołączył do niego i pokierował nim tak, by razem wycieli w ścianie igloo spory otwór.
    Obaliwszy w końcu śnieg, blokujący nowopowstałą dziurę, obaj żołnierze odsunęli się na kilka kroków.
     – Ork!  – wrzasnął Hadrwik.
     – Miałeś być cicho! Widzę przecież.  – syknął znowu sierżant i wrócił do igloo – Hej! Orku! Co tu robisz?!
    Ork nie odpowiadał. Był wyraźnie wyczerpany. I nagi… I strasznie poparzony. Dowódca nie dał mu jednak spokoju, sięgnął przez igloo i potrząsnął nim.
     – Hej! Jesteś na terytorium Fragtaru! Odpowiadaj, bo inaczej będę cię musiał traktować jako intruza.
     – Posłaniec…  – powiedział cicho ork, otwierając oczy.
     – Stado nie uznaje posłańców. Jesteś z gildii?
    Ork przytaknął słabo.
     – Niewielu jest orków w gildii… Ty jesteś Surwan Kamienna Pięść?
     – Tak…  – powiedział ork i zamknął oczy dając tym samym do zrozumienia, że to wszystko co jest w stanie teraz powiedzieć.
     – Cholera… co tu zrobić…  –  mruknął sierżant.
     – Jeśli to posłaniec, jak mówi, to na pewno ma przy sobie glejt – powiedział Hadrwik.
     – A widzisz go gdzieś? Spalił nawet ubrania, stąd ten smród w naszym obozie. Glejt na pewno wrzucił do ognia wcześniej.
     – To co zrobisz, panie?
    Sierżant zamyślił się chwilę.
     – Wracaj do obozu. Weź ze sobą Melvara i Terkera. Skombinujcie jakieś nosze i parę koców. Zabierzemy go do placówki gildii w Argionie. Niech oni sami się tym zajmą.

     

    ***

    Korzag wiedział, że miał szczęście. Rozumiał to nawet, kiedy nie mógł się ruszyć, nie naruszając przy tym strupów, które pokrywały teraz prawie całe jego ciało.
    Wyruszając na południe nie wiedział, że zatrzyma go Białe Słońce. Nie wiedział, że napotka na swojej drodze powracający patrol. Nie wiedział, że każdy posłaniec powinien mieć ze sobą glejt, ani tym bardziej, że każdy dowódca spoza Stada ma listę wszystkich żywych członków gildii.
    Gdyby Korzag natknął się na patrol w innych okolicznościach w najlepszym wypadku zostałby więźniem. Gdyby ludzie nie znaleźli go po zimowym przesileniu byłby skazany na śmierć.
    Szczęśliwie wszystko ułożyło się dla niego pomyślnie. Sierżant, celowo czy nie, podał mu nazwisko orka, do którego był wystarczająco podobny, by móc się pod niego podszywać, a stan zdrowia Korzaga sprawiał, że żołdacy nie byli zbyt nachalni w przepytywaniu go.
    Po tygodniu podróży oddział dotarł do jednego z ludzkich miast, w którym miała się znajdować placówka gildii.
    Na miejscu sierżant oddał im swojego konia i nakazał żołnierzom wrócić do koszar, a sam zajął się Korzagiem.
    Ork miał na sobie tylko, służący za płaszcz, koc. Przed wejściem do miasta on też musiał oddać konia, na którym podróżował do tej pory i teraz wyglądał jeszcze pokraczniej niż wcześniej.
    Oparzenia na jego brzuch źle się goiły i żeby jakkolwiek iść Korzag musiał przybierać co najmniej nienaturalną, przygarbioną postawę.
    Tym więcej ciekawskich oczu ściągał na siebie, idąc ulicami Argionu. Wielu z ich właścicieli, widząc zieloną skórę orka, odwracało wzrok. Byli też tacy, którzy pluli w jego kierunku. Jednak nikt nie odważył się podnieść na niego ręki czy choćby głosu, ze względu na eskortującego go sierżanta.
    W końcu oboje dotarli do placówki gildii. Budynek nie był zbyt duży, choć i tak przewyższał rozmiarami okoliczne domy. Wejścia do niego strzegła dwójka, budzących respekt, strażników.
    W środku wystrój nie przywodził na myśl przepychu, jednak wprawne oko mogło dopatrzeć się wszelkich cech świadczących o niemałym budżecie tego, kto je urządzał.
    W holu siedziała kobieta, która wyraźnie skrzywiła się, usłyszawszy, jak sierżant przedstawia Korzaga jako Surwana Kamienną Pięść i opisuje sytuację, w której go spotkał. Niemniej, mimo wyraźnego sceptycyzmu, pokiwała głową, wstała zza kontuaru i na chwilę zniknęła w pokoju obok. Po chwili wyszła i oświadczyła, że rezydent gildii ich przyjmie.
    Jego gabinet był urządzony podobnie do holu. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające kawalerię w natarciu. On sam siedział na zdobionym fotelu za ciężkim dębowym biurkiem, na którym stał spory, biały posążek, przedstawiający leżącego lwa.
    Rezydent był dość młody, zwłaszcza jak na piastowane stanowisko. Miał czarne, krótko przystrzyżone włosy i brodę, a ubrany był w elegancką tunikę, świadczącą o jego pozycji.
     – Witam. Usiądźcie  –  powiedział na widok gości i wskazał im krzesła po przeciwnej stronie biurka – Co was do mnie sprowadza?
     – Czy nie został pan poinformowany o naturze naszej sprawy przez pana podwładną?  –  powiedział sierżant bynajmniej niezainteresowany zajęciem siedziska. W przeciwieństwie do Korzaga, którzy skorzystał z propozycji bez zastanowienia.
      – Owszem, ale lubię podejmować decyzje na podstawie relacji z pierwszej ręki  –  odparł rezydent.
    Sierżant westchnął, po czym z rezygnacją zajął krzesło koło Korzaga i ponownie opowiedział o tym, jak spotkał orka.
    Rezydent pokiwał głową i podrapał się po brodzie.
     – Twoja postawa jest godna pochwały. Niejeden nie pomógłby orkowi, nawet gdyby ten miał przy sobie glejt.  – powiedział  – Tylko że to nie jest Surwan Kamienna Pięść.
    Korzag spiął się na tyle na ile pozwalały mu na to rany.
    Sierżant zamrugał trzy razy i wstał gwałtownie z krzesła.
     – W takim razie przepraszam, że zabrałem czas – rzucił, po czym zwrócił się do orka –  A ty, łachudro, wstawaj! Zabieram cię na sąd wojskowy.
    Zanim  Korzag zdążył zareagować na słowa sierżanta, uprzedził go rezydent gildii.
     – Nie będzie takiej potrzeby.
     – O już ja tego dopilnuję! Ten ork wtargnął na terytorium Fragtaru i podszywał się pod posłańca. Musi stanąć przed sądem!
     – Mości żołnierzu, pragnę ci przypomnieć, że znajdujecie się teraz w rezydencji Gildii Posłańców, która jest wyłączona spod władzy Fragtaru, więc jeśli ja mówię, że nie będzie takiej potrzeby, to tak właśnie będzie. Tego tu orka niniejszym otaczam swoją protekcją i nie istnieje nic, co mógłbyś zrobić w tej kwestii. Ale nie martw się…  – mówiąc to, rezydent wyjął z biurka mieszek wielkości orkowej pięści i rzucił go sierżantowi – Masz tu nagrodę za przyprowadzenie go do mnie, cobyś nie stracił zapału w pomaganiu innym posłańcom.
    Sierżant złapał sakiewkę, zważył ją w dłoni, zajrzał do środka. Potem spojrzał na Korzaga, na rezydenta i znów na orka.
     – Niech będzie…  Rób z nim, co chcesz  –  powiedział w końcu i wyszedł bez pożegnania, trzaskając przy tym drzwiami.
    Na chwilę zapadła cisza, w trakcie której rezydent patrzył nieobecnym wzrokiem w ślad za dowódcą. Dopiero po chwili spojrzał na, siedzącego przed nim, orka.
     – No dobrze. Teraz ty opowiedz mi, dlaczego podszyłeś się pod członka gildii i co sprawiło, że zapuściłeś się tak daleko na południe w czasie przesilenia.
    Nie mając innego wyboru jak wdrożyć swój pierwotny plan, Korzag opowiedział rezydentowi o wydarzeniach w jego rodzinnej wiosce i o tym, że chce w przyszłości poprowadzić swoich braci w rebelii przeciwko ogrom.
     – Nie mniej wiem, że nie jestem jeszcze dostatecznie silnym wojownikiem, by podołać temu zadaniu. Zwłaszcza teraz. Dlatego planowałem zaciągnąć się do waszej gildii i w zamian za swoje usługi, zyskać okazję do uczenia się od najlepszych. Ruszyłem więc na południe do Fragtaru, żeby dotrzeć do jednej z waszych placówek, tylko że nie byłem przygotowany na przesilenie. – dokończył.
    Tak jak i wcześniej, po opowieści orka rezydent pokiwał głową i podrapał się po brodzie.
     – Nie kłamiesz, aby co do swoich intencji?  –  spytał w końcu.
     – Przysięgam na honor mojego ludu!
    Rezydent zamyślił się znowu.
     – Słuchaj. Powiem wprost. Zaimponowałeś mi tym, że przetrwałeś dzień Białego Słońca w pojedynkę w puszczy i to bez wcześniejszego przygotowania. Zrobimy tak. Zatrudnię cię. Nasz medyk zajmie się twoimi oparzeniami. Blizny nie opuszczą cię do końca życia, ale nie będą ci przeszkadzać w walce. Oprócz tego dostaniesz ode mnie potrzebne wyposażenie, a pomiędzy zleceniami zadbam o twoje szkolenie. Zaciągniesz wielki dług u gildii, który zresztą już zacząłeś zaciągać, i nie otrzymasz wynagrodzenia, póki go nie odpracujesz, ale osiągniesz swój cel. Jednak ostrzegam. Jeśli uciekniesz, nie spłaciwszy długu, gildia będzie cię ścigać z wykorzystaniem wszelkich dostępnych jej środków. Alternatywnie, gdyby nie odpowiadał ci ten układ, to poślę cię do medyka, a on opatrzy twoje rany tak, by się zagoiły, ale nie zadba o to, żeby blizny zmiękły. Nie będziesz mógł się swobodnie poruszać ani tym bardziej walczyć. Później zostaniesz  sprzedany w niewolę do jakiegoś folwarku, skąd uda ci się uciec albo nie. Więc jak? Przyjmiesz moje warunki?

     

    • Ten wątek został zmodyfikowany 1 rok, 5 miesiące/y temu przez użytkownika  Marek Pastuszczak
Wyświetlono 1 post (z 1 ogółem)
W odpowiedzi do wątku: Dzień Białego Słońca

Możesz użyć BBCode do formatowania treści.
Twoje konto nie zezwala na używanie Zaawansowanego BBCode, przed publikacją zostanie on usunięty z postu.

Twoje informacje: